czwartek, 3 sierpnia 2017

I znów powracam jak boomerang...


... po prawie roku.

Witajcie!

Nowy rekord, tym razem post ostatni był mniej niż rok temu, także jest progres!

A tak serio - dużo się działo. Klasa dyplomowa, matury, kipisz w rodzinie i w domu, kipisz zdrowotny, zdawanie na wymagającą uczelnię. Ale po kolei.

No to tak - skończyłam Zespół Państwowych Szkół Plastycznych w Kielcach. Dyplomy zdanie na 4kę i 5kę, nie powiem, że nie jestem zawiedziona - byłam przygotowana na więcej i wiem, że zasługiwałam na ocenę w górę przynajmniej z historii sztuki, chociaż z praktycznego dyplomu również. Ale co zrobię, nic nie zrobię. Przynajmniej zdałam.
Matury poszły świetnie, znacznie lepiej, niż się spodziewałam - chociaż znów zawód z historii sztuki, 77%, durne błędy, które popełniłam... Przez migrenę. Bez żartów. Może to brzmi jak głupie wytłumaczenie, ale w dniu matury zaraz przed egzaminem, złapała mnie migrena. Myślałam, że to stres - ale potem tak się nasiliła, że nie pamiętam, jak dostałam się do domu. Później, znacznie później okazało się, że to wina... anemii.
Ale tak czy inaczej, inne przedmioty poszły świetnie. Nawet matma. 64% w przypadku takiego morona matematycznego jak ja to super wynik.

Zdrowie? Ano się podupadło, kosztem szkoły. Człowiek głupi, a mądrzeje dopiero po fakcie. Zamiast walnąć wszystkim i pójść do lekarza z ciągłym chudnięciem, migrenami itp., które brał za stres roku maturalnego - męczył się dalej, aż się zrujnował. Niestety, to jest nauczka na przyszłość. I każdy kto to czyta, powinien to zapamiętać. Nie ma nic gorszego, niż dać się zrujnować fizycznie dla pracy czy szkoły. Bo abstrahując od anemii - martwi czy ciężko chorzy w szpitalu sobie nie popracujecie.

Ale jakoś się udało. Zdałam dyplom, matury. Uczelnia? A tak. Zrobiło się teczkę - do tej pory mam artblocka od 2 miesięcy malowania i rysowania do teczki - i się dostało 95/100 punktów z rozmowy kwalifikacyjnej na studia, z części teoretycznej i praktycznej ogółem. I jeśli wszystko będzie szło zgodnie z moimi planami - najbliższe 3 lata przynajmniej spędzę na wydziale Sztuki Nowych Mediów na PJATK w Warszawie.

W domu, w rodzinie - lepiej nie mówić. Ale kolejna przestroga dla Was, robaczki - spędzajcie czas z dziadkami póki możecie i pomagajcie im bezinteresownie. Bo karma wraca dwukrotnie, pozytywnie lub negatywnie. A starsi ludzie wiecznie żyć nie mogą.

OOOOOOJ! Zrobiło się smutno.

No to weselej teraz. Więc tak - na razie poradniki na YouTubie z serii dla nowicjuszy wstrzymane, bo w toku jest poradnik jak robić linoryt w domu - [klik!]
Ale nie martwcie się - będą raczej kolejne części poradnika, na czwartą planuję kredki, o ile wszystko wypali.

I też dużo przez ten czas... blendowałam! Czyli robiłam różne dziwne modele w 3D, w programie blender. Hyhyhy, zrobiłam czołg!

Serio.






Co prawda tło musiało być low-poly, bo mój stary komputer nie wyrobił z renderingiem - animację jakąś prostą ruchu wieży tego Tygrysa renderował chyba 5 godzin... Także tego. Ale jak na pierwszy model byłam całkiem zadowolona.

Pisałam Wam już kiedyś o księgarniach Dedalus - otóż jakiś czas temu byłam na Grodzkiej w Krakowie w jednej ze stacjonarnych księgarni Dedalus i za bodaj 50 zł obkupiłam się książkami po raz fafdziesiąty. Tym razem były to głównie książki z historii sztuki - o Hokusai, Canalettcie, Velazquezie i malarzach romantyzmu. Fantastycznie wydane i napisane świetnym językiem typowego maniaka historyczno-sztucznego. Po raz kolejny polecam i lokuję produkt, bo warto!

Zdarzyło mi się też, zupełnie przypadkiem, że kupiłam jakieś 5 książek Diany Gabaldon - po przeczytaniu "Obcej" kupiłam 3 następne części sagi o Claire i Jamiem, a do tego - w jednym z popularnych obecnie dyskontów kupiłam na "kiermaszu książek"... Lorda Johna!

A tak, będzie re-re-recenzja. Ale tym razem... ksiunżki. Ha!


Autor: Diana Gabaldon
Tytuł: Lord John i sprawa osobista
Rok wydania: 2003 (moja została wydana w 2017, przez Świat Książki)
Gatunek: kryminał
Okładka wydania 2017: 





Więc tak.

Moja przygoda z Dianą i jej książkami zaczęła się... w listopadzie 2015 roku? Tak, chyba tak. A w zasadzie nie do końca. Wtedy koleżanka z klasy powiedziała mi o serialu "Outlander" produkcji Starz, z Caitrioną Balfe i Samem Heughanem w rolach głównych. Sam serial zaczęłam oglądać chyba dopiero pół roku później.
Pierwszy i drugi sezon już były wtedy gotowe, więc miałam sporo do nadrobienia. Na początku mocno mnie zaszokował. Ale stopniowo niesamowicie przekonałam się do konwencji kobiety, która podróżuje w czasie i nie wie, dlaczego - nie robi tego celowo, wręcz nienawidzi siebie za to, że jej się to udało. Uwielbiam historię Anglii i Szkocji, więc szybciutko po obejrzeniu pierwszego sezonu poleciałam po książkę, po "Obcą".

No i potem już poleciało. Przeczytałam "Obcą", więc kupiłam "Uwięzioną w bursztynie". Zaczęłam ją czytać, ale...

Była ogromna, to cegła, jakby nie patrzeć. Natomiast przypadkiem wpadłam na Lorda Johna w jednym z dyskontów. Kosztował o parę złotych mniej niż w księgarni, więc wzięłam bez wahania. Historia Claire tak mnie wciągnęła i tak przekonała, że ufałam bezgranicznie we wspaniałość każdego dzieła Gabaldon. Ze względu na wymiary wzięłam tę książkę ze sobą w podróż autobusem do chłopaka - 3h w obie strony + 2h w późniejszej podróży do Krakowa.

I tu kończę przynudać.

Historia Lorda Johna wcale nie zaczyna się od tej książki, a mimo to jest osobnym epizodem i wcale nie trzeba znać "Podróżniczki" z serii "Obca", ani poprzedniej części historii Johna Greya, czyli "Lord John and the Hellfire Club". To osobna opowieść, która tłumaczy wszystko, co ominęło nas z podanych wyżej lektur.
John Grey jest wysoko urodzonym, młodym oficerem angielskim. Przewrotnie - homoseksualistą. I o ile na początku przestraszyłam się, że to kolejna próba oczernienia środowiska LGBT - lub też "wmuszenia" tolerancji homofobom, która najczęściej przynosi odwrotny skutek przez swoją pretensjonalność - ot nic z tego. Sam fakt, że John ma inną orientację, nie jest ani trochę pretensjonalny i jest bardzo subtelnie zaznaczony, bez usilnego przypominania o tym czytelnikowi.
Nie jest to bynajmniej książka dla homofobów. Ale nie o tym - cała opowieść jest kryminałem. Typowym do bólu. John zostaje poproszony o wyjaśnienie tajemniczego morderstwa jednego z angielskich oficerów. Banalne? O tak. Ale nie na długo.
Cała sprawa komplikuje się, ponieważ lord Grey jest uwikłany jednocześnie w dwie sprawy - tą służbową, oraz prywatne śledztwo wobec przyszłego męża kuzynki - Josepha Trevelyana, u którego zauważył objawy syfilisu.
Brzmi strasznie? Nie polecam czytać w takim razie. Bo potem jest jeszcze gorzej.
Niesamowicie wciąga. Początek jest dziwny, strasznie zawikłany i człowiek odnosi wrażenie, że nic nie rozumie. I tak ma być! To kryminał, który powoli wyjaśnia nam wszystko. Nie rozumiemy nic, a pod koniec myślimy już sami jak detektywi. Tropy łączą się, a szalone i otwarte zakończenie są warte całego śledztwa.
W to wszystko wplecione jest "plugawe" towarzystwo homoseksualistów i transwestytów ówczesnego, XVIII-to wiecznego Londynu, obłudna arystokracja zajęta zabawą i wydawaniem bankietów, kluby dżentelmenów, oraz zabawny duet Lorda Johna i jego nowego lokaja - Toma Byrda. Całą książkę przeczytałam niemalże w ciągu 8 godzin. Nawet nie wiem, kiedy uciekał czas.
Książka jedna z lepszych, jakie czytałam. Błyskotliwy Lord John, choć wiecznie w strachu przed ujawnieniem jego orientacji, stara się jak może pomóc swemu lokajowi w uniewinnieniu brata, podejrzanego o morderstwo; szukający zdrajcy, który wykradł tajne dokumenty i przekazał je Francuzom; próbujący desperacko uchronić swoją kuzynkę przed przykrym losem, jaki spotka ją po wyjściu za Trevelyana. Zaplątany w tak wiele wątków, powoli je porządkuje, co powoduje, że czytelnik jest cały czas zafascynowany - co będzie dalej?!
Nie jest to bynajmniej książka dla wrażliwców - opisy sekcji zwłok i kilka innych, kontrowersyjnych wręcz sytuacji nie stanowią łatwego w odbiorze materiału. A jednak cała zagadka przeważa nad słabszymi momentami książki. Bo cały czas pada pytanie: co będzie dalej?

Nie mogłam się oderwać od Lorda Johna - może to sentyment do kryminałów, może do książek Gabaldon, może do okresu historycznego. Tak czy inaczej, jeśli ktoś lubi takie kryminały, fikcyjne wydarzenia osadzone w historycznym okresie, kilkaset lat wstecz w Londynie - polecam stanowczo.


Się rozpisałam!
A co.


Jak już tak się rozpisałam, to się spiszę z powrotem i uciekam. Trzymajcie się wszyscy chłodno - bo na zewnątrz jakieś milion stopni i ogień płynie z nieba.
~Tiga

wtorek, 4 października 2016

Wieeejeee...

... jak w kieleckim!

Witajcie!

Ostatnio nie pisałam dużo - niektórzy na to strasznie marudzili i protestowali - bo 27 września miałam komisję zatwierdzającą projekty dyplomowe. Ciężka sprawa, bo projektowanie przez to zajmowało mi cały czas, jaki pozostawał po odjęciu zajęć w szkole i robieniu prac domowych. Poza tym starałam się cokolwiek nagrać na YouTube, co utrudnił mi mocno problem z pendrivem i utratą materiału wideo do odcinka o gumkach i strugaczkach.

Dzisiaj może będzie trochę dłużej. Po pierwsze i co mnie teraz najbardziej rajcuje - Inktober się rozpoczął! Od tylu lat chciałam w nim wziąć udział, ale po prostu brakowało mi odwagi. Wreszcie się przemogłam i taki był wczorajszy efekt Inktoberu w szkole:





Wybaczcie ziemniaczaną jakość, słabe światło było.


A teraz wreszcie, po tylu miesiącach obiecywania - recenzja!


Płyta: Duszna księga / Księga dusz (The Book of Souls)
Wykonawca:
Królowie brytyjskiej muzyki heavymetalowej (Iron Maiden)
Rok: Niedawny (2015)
Skład: Cudowny i niezastąpiony: Bruce Dickinson (wrzaski i kwiki, okazjonalnie śpiew), Adrian Smith, Dave Murray, Janick Gers (robienie niewyobrażalnych rzeczy z gitarami), Steve Harris (bieganie po scenie, rządzenie, bas), Nicko McBrain (udawanie Zwierzaczka z Muppetów, perkusja)
Gatunek: BRYTYJSKI heavy metal (brytyjski do granic możliwości)



Lista ścieżek:
Płyta 1:

1. If Eternity Should Fail
2. Speed of Light
3. The Great Unknown

4. The Red and the Black
5. When the River Runs Deep
6. The Book of Souls

Płyta 2:
 

1. Death or Glory
2. Shadows of the Valley
3. Tears of a Clown
4. The Man of Sorrows
5. Empire of the Clouds

Więc zacznijmy od początku. Rzecz ma się tak: album był dopiero pod koniec 2015 roku. Miał być wcześniej, ale zaraz po nagraniu wokali Bruce został zdiagnozowany z rakiem przełyku. Na szczęście mu się upiekło (jak sam to kiedyś opisał - w sumie dosłownie, bo terapia była bardzo nieprzyjemna), więc Ironi ruszyli w tym roku w trasę i to w wielkim stylu - kolejny Ed Force One okazał się być Boeingiem 747 "Superjumbo", jednym z największych samolotów pasażerskich na świecie (dla zrozumienia skali dodam, że to ten sam samolot, którym latają prezydenci USA, czyli obecny Air Force One), zabierający do 25 ton sprzętu, zespół i ekipę koncertową.
 Jeśli chodzi o jakość nagrania - po The Final Frontier to szok. Jest powrotem do korzeni zespołu, łączonym ze stylem znanym z Brave New World. Bruce mimo choroby śpiewa, jakby jutra miało nie być, a riffy są tak cholernie chwytliwe, że wchodzą do głowy od razu i potem ciężko nie nucić sobie ich pod nosem całymi dniami. Co prawda - album ma swoje wady, a może nie tyle wady - co słabsze punkty, ale ogólnie warto było czekać 5 lat na taki krążek (czego na razie nie mogę powiedzieć choćby o Hardwired... Metaliki).

Pierwsza płyta jest chyba lepsza deczko od drugiej. Może to tylko moje wrażenie, może dlatego, że jest weselsza, ma bardziej chwytliwe riffy. Druga jest bardziej refleksyjna - co podsumowuje 18 minutowy kawałek Empire of the Clouds. Bruce nie byłby sobą, gdyby nie wetknął takiego dziwoląga z tekstem wziętym z historii lotnictwa.

Najmocniejsze elementy płyty to właśnie kawałki z pierwszej płyty - If Eternity Should Fail, gdzie wokal Bruce'a i klimat przywołują do żywych płytę Powerslave (1984), jeden z najlepszych albumów Maiden. Gitary przez cały album są ciężkie, chyba jadą na niższym niż zazwyczaj stroju i na ciężkim, siarczystym przesterze. W Speed of Light, który był z resztą teledyskowym singlem i powstała na jego bazie gra, jest wesoło i melodyjnie, ogólny klimat utworu jedzie Wicker Manem z Brave New World i Aces High z Powerslave. Później kilka minut mrocznego, spokojniejszego The Great Unknown, żeby zaserwować nam 14 minut masterpiece'u instrumentalnego i wokalnego w The Red and the Black. When the River Runs Deep jest wesołym akcentem przypominającym album No Prayer for the Dying i kawałki typu Holy Smoke / Bring your Daughter... to the Slaughter. Płyta zaczyna się tajemniczo i ciężko, i też tak samo się kończy - mistycznym i długim The Book of Souls z melodyjnym, acz bardzo ciężkim riffem.

Plyta druga zdawała by się innym zupełnie wymiarem Maidenów. Poza otwierającym ją Death or Glory próżno tam szukać żywego, wesołego grania. Tematy robią się trudniejsze, jak choćby piosenka będąca tributem dla zmarłego Robina Williamsa - Tears of a Clown. Te utwory oczywiście nie tracą na sile, ponieważ niewątpliwie wspomniane 2 kawałki i zamykacz Empire of the Clouds są bardzo dobre i świetnie bronią się same. Co do Shadows of the Valley i The Man of Sorrows nie mam zdania - tym bardziej, że drugi kojarzy mi się raczej z utworem z solowej kariery Dickinsona o tym samym tytule. Ten solowy był moim zdaniem lepszy.

Konkluzja?

Book of Souls jest ciężka, ale nie traci melodyjnych riffów typowych dla Maidenów. Porównałam i porównywać ją będę do hybrydy wszystkich mocnych albumów zespołu, bo to jest taka hybryda. Wreszcie hejterzy nie mają się za bardzo czego uczepić - jest po nowemu, w stylu 6-cio osobowego Irons, w stylu Brave New World i Dance of Death. Ale jest jednocześnie po staremu i to szczególnie w kwestii wokalu i współpracy gitarowej, jak na Powerslave czy Piece of Mind. Ten album doskonale broni się sam, jest wielkim powrotem tego, co najbardziej kochają fani. Jest tym, czego wszyscy oczekiwali po Frontier, a czego wtedy nie dostali. Skończyły się nieco zalatujące alternatywą eksperymenty w stylu Satelite 15... i Brighter than a Thousand Suns (nie, żebym nie lubiła The Final Frontier czy A Matter of Life and Death, bo wbrew hejtom wielu ludzi, mi tam one pasują). Wreszcie jest na najwyższym poziomie i dostaliśmy w dwupłytowej pigułce to, czego zawsze chcieliśmy. Całych Ironów, nie tylko nowych, nie tylko starych. Poprzeczka w 2015 roku została baaardzo wysoko podniesiona.


Jeśli chodzi o inne albumy ostatnio się ukazujące, to jak już wspomniałam jestem zawiedziona oczekiwanym przeze mnie od 8 lat Hardwired... to Self-Destruct Metallici. Singla tytułowego NIE DA SIĘ słuchać, jest beznadziejną sieczką próbującą dogodzić hejterom, a może i próbującą być Slayerem, ale jest jego żałosną parodią (tak jak nie przepadam za Slayerem, muszę to przyznać). W porównaniu z ciepło przyjętym albumem Megadethu Dystopia z tego roku, Hardwired... to przykry żart. Mam nadzieję, że jednak album będzie brzmiał bardziej jak Moth Into Flame - drugi singiel, bo jeśli Moth będzie tylko wyjątkiem od całej ściany dźwięku, to ja podziękuję serdecznie. Nawet jak mi dopłacą, to takiego albumu nie chcę mieć na półce.
Czekam za to z niecierpliwością na album The Pretty Reckless - po singlu Take Me Down nie mogę przestać słuchać, śpiewać, nucić tej piosenki. Jeśli album będzie tak dobry jak singiel, to lecę w podskokach go kupić.

No i gotuje się kolejny album Saxona - panowie nie zwalniają i po silnym uderzeniu Battering Ram (2015) smażą już następne kotlety... Może i kotlety, może nic nowego nie wprowadzają, ale w sumie albumy Saxona i tak dobrze brzmią. Saxon gra swoje od lat, trochę jak AC/DC - z tym, że mniej tendencyjnie, jednak coś nowego czasem wymyślą - i wiadomo, czego się spodziewać. Niespodzianki bywają ryzykowne, a Saxon po prostu jest jaki jest. Czasem to dobrze robi zarówno twórcom, jak i słuchaczom.


Rozpisałam się deczko, więc spisuję się z powrotem - hisztunia czeka!

Niech moc będzie z Wami w ten cholernie wietrzny dzień~
~Tiga

niedziela, 2 października 2016

Rysowanie dla nowicjuszy - cz. 3 - Gumki i strugaczki

Witajcie!

Dziś wrzucam Wam kolejny, 15 minutowy odcinek. Tym razem jest o gumkach i strugaczkach.

Zapraszam do obejrzenia :)







Niech moc będzie z Wami!

~Tiga

czwartek, 25 sierpnia 2016

Rysowanie dla nowicjuszy - cz.2 - Ołówki

Witajcie!

Dzisiaj krótko, wrzucam Wam kolejny, ponad 25 minutowy materiał. Tym razem jest o ołówkach - i wreszcie udało się nagrać jakieś wideo do tego.

Zapraszam do obejrzenia :)




Trzymajcie się i niech moc będzie z Wami!
~Tiga

środa, 10 sierpnia 2016

Rysowanie dla nowicjuszy - cz.1 - Szkicownik!


Witajcie!
 

Z racji faktu, że na poprzednim blogu już zaczęłam taką serię i niestety - wcięło mi tamtego bloga - postanowiłam, że nie będę próbowała z pamięci odtwarzać tamtej notki. Po prostu... Nagram to w postaci małego tutoriala.

Niestety tylko dźwięk i zdjęcia, niestety były problemy techniczne i mój mikrofon jeszcze nie chce trochę współpracować, ale postaram się to jeszcze poprawić przy ew. następnym filmie. Mam nadzieję, że będzie to jakiś sposób na te poradniki.

Dzisiaj tylko ten film i nie będzie dużo, bo trochę mi zeszło walczenie z tym mikrofonem i jakością nagrań, która i tak pozostawia wiele do życzenia. Mam jednak nadzieję, że 19 minut materiału Was zadowoli. :)


I przepraszam za moją barwę głosu. Wiem, że może być wnerwiająca, ogólnie jej nie lubię i ja jestem do niej przyzwyczajona, ale wiem, że może się nie podobać, więc z góry uprzedzam.


 



 



Trzymajcie się ciepło w dość deszczowy dzień i niech moc będzie z Wami!
~Tiga

środa, 3 sierpnia 2016

Krótko i bardzo pokojowo...

... szczególnie to drugie, bo remont dobiegł końca.

Witajcie!


Dzisiaj ze względu na mindfuck i zmęczenie znoszeniem rzeczy do pokoju / sprzątaniem / segregowaniem / sprzątaniem / czyszczeniem, będzie jedynie symbolicznie, żeby rezonu nie stracić.

Wreszcie się dzisiaj wprowadziłam do swojego pokoju, tyle że jeszcze książków i innych takich nie mam wypakowanych, bo muszę w drodze kupna nabyć jakieś półki, regał i nowe biurko, bo stare już nie wyrabia wielkościowo do moich potrzeb rysowniczych.

Dzisiaj na ten przykład próbowałam mając jednocześnie laptopa na nim, położyć z drugiej strony blok A3, ale nie udało się i blok wesoło wystawał chyba ze 20 cm poza blat. Cóż, mówi się trudno, biurko mam już w Jysku upatrzone, to się kupi przy najbliższej okazji.

A ten blok A3 to w ogóle ciekawa sprawa - postanowiłam wziąć udział w pewnym konkursie (za namową Barnaby w sumie, bo ja pewnie bym się nie przełamała) na projekt... pancernika. Ale w sensie, czołgu. Niewiele mogę zdradzić, przynajmniej na razie, bo nie chcę zapeszać ani psuć nikomu zabawy - jak będą wyniki, to Wam się na pewno przyznam, co takiego wypociłam na tej kartce.

(Teraz widzę, że od pisania moje stare, biedne biurko gibie się na boki i manekin, który stoi za laptopem, wykonuje taniec św. Wita)


No i nareszcie mam swoje kolumny!

Życie bez wzmacniacza i kolumn dla takiego szaszykłaka jak ja, to życie prawie puste. Ja po prostu żyję z nimi w symbiozie i bez nich usycham. Nie mówiąc już o tym, że znacznie lepiej brzmi wszystko na nich, w porównaniu do niezgorszych słuchawek Creative'u.

A co to będzie jak będę któregoś dnia sama w domu i odpalę na nich WoTa...

Śmiesznie będzie.


Jak trochę ogarnę życie (bo dzisiaj to z tym słabo), to zabiorę się do roboty. Naskrobię jakieś notki recenzyjne, jakiś tutek, coś wymyślę. Muszę sobie zorganizować uchwyt do telefonu na statyw, to może jakiś filmik ze speedpaintem będzie; no chyba, że nie dam rady, to wtedy będzie jakiś speedpaint digitalowy.

Korzystając z okazji - Eryś jak zwykle czujny, zaanonsował mi wczoraj (za co serdecznie dziękuję po raz kolejny, mi samej to się BAAARDZO przyda), że dobrą książką do nauki anatomii i ogólnie podstaw jest pozycja Andrew Loomisa - Rysowanie postaci. Od teorii do praktyki. Książka jest na pewno dostępna w empiku za ok. 100 zł, na Gandalfie jest za 66 zł, a najtaniej jak wyświetlają Google - 58zł. Książka została pierwszy raz wydana w 1943 roku, więc podejrzewam, że jest gdzieś do dorwania na allegro bądź gdzieś w jakimś antykwariacie w starszym wydaniu.


Także na dzisiaj to raczej wszystko - w niedługim czasie postaram się o jakiś bardziej konstruktywny wpis. Postaram. Nie gwarantuję.

Trzymajcie się i niech moc będzie z Wami!
~Tiga







 Popełniłam nowe lisy.

 

środa, 27 lipca 2016

Deszcz...

... bywa najlepszym przyjacielem człowieka.

Witajcie!

Przyszła burza jakieś 2 godziny temu, jest cudownie, bo po deszczu, rześko i chłodno. Przed burzą było już tak duszno i powietrze było tak ciężkie, że myślałam, że zemdleję.

A było to całkiem prawdopodobne, bo szalałam jak pies w studni z gipsem, farbami do ścian i malowałam sufit. Potem już byłam tak złachana (głównie chyba przez tą pogodę i temperaturę w domu), że gdyby nie chłodny prysznic, to bym nie wyżyła. Potem jeszcze i tak latałam po pokoju, ale tym razem czyszcząc i robiąc finalne poprawki. Jak dobrze pójdzie, na początku przyszłego tygodnia wprowadzę się do świeżo wyremontowanego pokoju.

Bardzo się cieszę, bo dawno mu się ten remont należał. Z resztą - prawda taka, że nigdy nie urządzałam pokoju po swojemu, całkiem. Mój pokój był urządzony przez moich rodziców kiedy miałam jakieś 12 lat, a potem tylko wynosiłam z niego pluszaki i zabawki, ale aranżacja i meble były te same. Teraz wreszcie mam swoje, własnoręcznie wybrane meble, parkiet, farbę. To może wydawać się komuś śmieszne, ale mnie to cieszy. Tym bardziej, że jako osoba z mniejszymi lub większymi umiejętnościami plastycznymi po prostu bawię się tym. Bawię się malowaniem ścian, sufitu, urządzaniem pokoju. Architektem wnętrz pewnie nigdy nie zostanę, ale to nawet ciekawe.

Ledwo co niestety rysuję i maluję na dużych formatach, właściwie wcale. Bo nie mam gdzie. Kiszę się na kanapie mając tylko jakieś kredki i Promarkery, do tego tablet i laptopa, to wszystko. Cała moja biblioteczka, wszystkie farby olejne, akrylowe i aerograf nawet wywędrowały na poddasze w pudłach, czekając na nowy pokój.


A powinnam robić projekty do dyplomów!



Swoją drogą, apropo książek - chciałam dzisiaj napomknąć o dwóch księgarniach - a raczej księgarni i wydawnictwie. To też w kategorii wstępu do moich wypocin o rysowaniu dla nowicjuszy.
         
                                Wydawnictwo RM


Pewnie w pierwszej chwili stwierdzicie, że zwariowałam - dość często spotykane, ale na pozór pospolite i nieciekawe wydawnictwo, którego książki z pozoru zdawałyby się wypełniaczami półek sklepowych. Otóż nie, przynajmniej nie każda ich książka.

W październiku będąc na rekonesansie sklepowym po Warszawie, razem z moim Barnabą Wunszem zabłądziliśmy na ulicę bodaj Kruczą, albo już Bracką. Była i zapewne jest tam nadal, księgarnia "Moda na czytanie" czy jakoś tak. No i pokręciliśmy się tam, o ile mi wiadomo wyszliśmy z niezłymi łupami - Barnaba zgarnął zbiór opowiadań Lovecrafta, ja zgarnęłam chyba ze 3-4 książki o rysowaniu.

A właśnie. Patrzę potem na wydawnictwo - RM. Zgarnęłam wtedy, o ile pamiętam, kurs malowania "Akwarele", "Kurs rysowania postaci" i "Pastele".

Książki są absolutnie fenomenalne pod kątem pokazania techniki krok po kroku. Nienawidzę książek, gdzie spotykam coś takiego: 





Nie. Tak książka nie może wyglądać, jeśli ma nam pomóc. A w Empiku na przykład widuję same tego typu, za przeproszeniem, "poradniki". Tfu! co to za poradnik, co nie tłumaczy, jak coś wykonać. Po kolei. Człowiek po to kupuje książkę z tutorialami, żeby nie musieć samemu kombinować godzinami nad techniką, tylko żeby ją brzydko mówiąc "papugować", w ten sposób uczyć się jej i ew. doskonalić po swojemu.

Książki z RMu, przynajmniej te na które do tej pory się natknęłam, są bardzo proste. Jest pokazane na początku czym wykonujemy prace - różne rodzaje farb, pasteli, ołówków etc. Potem po krótce wyjaśniona jest metoda przygotowania podobrazia, wykonywania szkiców wstępnych. A potem, różne obrazy autorów są przedstawiane po kolei; na każdym opisana jest inna technika użycia akwareli czy pasteli. Na każdym obrazie jest inny sposób, opisany dość dokładnie i w przyjemny sposób, razem z fotografiami z procesu powstawania. Rzecz genialna dla żółtodzioba, który pierwszy raz w życiu maluje akwarelami innymi niż te z kiosku, którymi ciapał laurki w dzieciństwie.

Jeżeli zarejestrujemy się na stronie wydawnictwa, mamy prawdopodobnie jedne z najniższych dostępnych cen. Co do tego polecam jeszcze szukać półek "Niepełnowartościowe" w księgarniach Matras - rzecz sprawdzona! Chociaż nie w każdej księgarni dostępna. Ale wiele Matrasów posiada chociaż malutką półkę z książkami, które potrafią być tańsze o połowę, bo mają np. obity róg albo porysowaną okładkę. Jeśli komuś nie przeszkadza tak delikatne uszkodzenie (nie mówię tu o niekompletnych książkach typu - nie ma 5 stron), to polecam szukać. Osobiście wyrwałam kompendium wiedzy o Wiedźminie za połowę ceny, bo grzbiet był naderwany na samym końcu. A Barnaba wyrwał encyklopedię II wojny światowej za 40 zł, zamiast 90zł. Niezły deal jak za zakrzywiony róg okładki.




                             Księgarnia Dedalus.pl

Druga rzecz, jaką chciałam dzisiaj omówić - całkiem pożyteczna księgarnia Dedalus.pl. Po zarejestrowaniu się mamy dostęp do książek z dostawą pocztową, księgarnie stacjonarne znajdują się m.in. na Grodzkiej w Krakowie i na Kruczej w Warszawie.

Jest to typowy dyskont, tylko że w branży książkowej. Sprzedają wszystko co się da, paroletnie wydawnictwa, które zapewne skupują po niższej cenie jako te, które "zostają" na stanie magazynowym innych księgarni i owe placówki chcą się tylko tego pozbyć. Mają wiele ciekawych pozycji, jak i wiele nieciekawych. Ale każdy wyrwie coś dla siebie. Zgarnęłam całe multum podręczników do Photoshopa, Ilustratora, Dreamweavera. Jest pełno pozycji wydawnictwa Helion, które często wydaje podręczniki tego typu - do jakichś zagadnień informatycznych. Widziałam też podręczniki do Lightrooma i wszelkich rzeczy typu php, html i CSS. Trzeba się liczyć z tym, że te wydawnictwa mają po 10 lat, ale w przypadku takich pozycji jak Photoshop, niewiele się zmienia i podstaw można się z tego spokojnie nauczyć. Jest też mnóstwo albumów ze sztuką, obrazami mistrzów, z modą itp. Ceny są śmieszne - za 9 zł można kupić książkę, która ma na okładce nadrukowane 100 zł. Oczywiście, ma na to wpływ wiek książek, ale dla ludzi, którzy potrzebują rzetelnych, podstawowych informacji i nie mają, lub nie lubią wydawać pieniędzy ze zbytnim rozmachem, Dedalus to idealne źródło książek.

Mają też lektury szkolne, czasem z audiobookiem albo opracowaniem, także za śmieszną kwotę, więc polecam wszystkim uczniom.


Ależ się rozpisałam!

W niedzielę planuję powoli wyprawę - może uda się wbić na pchli targ w Gliwicach. Może spotkam coś ciekawego, bo wbrew pozorom jest to targ bardzo interesujący - i znacznie tańszy niż np. ten w Krakowie. Targi staroci to z resztą jedna z ciekawszych rzeczy jakie można spotkać, bo czasami dla kogoś coś nie ma w ogóle wartości, a dla kupującego ma wartość estetyczną lub nostalgiczną - jak np. coś kojarzącego się z dzieciństwem. Liczę głównie na łupy modelarskie - nie zliczę, ile rzadkich i teraz bardzo wartościowych modeli Matchboxów kupiłam po złotówce na tymże targu będąc dzieckiem. Teraz w dobie powszechnego internetu ciężej jest znaleźć takie okazje, bo i sprzedawcy lepiej rozeznają się w wartości swoich przedmiotów. Ale kto wie - może coś ładnego się spotka. Na przykład, 3go takiego samego, cytrynowego Citroena 2CV. Dołączyłby do tej kochanej parki:





Jeśli coś ciekawego spotkam, na pewno się tu znajdzie - no i zapewne niedługo, jak już odzyskam w miarę normalne warunki pracy w pokoju, to pojawi się pierwsza notka z serii poradnikowej o rysowaniu. Może też jakaś recenzja? Coś się wymyśli. Ta Book of Souls chodzi za mną jak cień, więc kto wie...


Trzymajcie się bezgradowo, bezpotopowo (bo Kielce na ten przykład zalało dokumentnie) i niech Moc będzie z Wami!
~Tiga