wtorek, 23 grudnia 2014

Polowanie na Mikołaja...

... Czyli to i owo o improwizacjach.

Witajcie!


Przede wszystkim i na wstępie, chciałabym wszystkim życzyć wesołych, spokojnych, ale nie nudnych, szczęśliwych! Świąt, dużo radości z czasu spędzonego z bliskimi i radości z dawania, nie tylko otrzymywania, oraz szczęśliwego, wesołego niezapomnianego Nowego Roku!

Jutro Wigilia, a w domu nic praktycznie jeszcze nieogarnięte (w kwestii jedzeniowej najmniej, bo porządku trochę robiłam już parę dni temu)! Tak być nie może. Dzisiaj zapowiada się siedzenie do późnej nocy nad uszkami, muffinkami, rybami i całym tym bigosem.

 Ciepłeee słowo na zimę. Biiiiigos.


Co do improwizacji... Będąc na 2 tygodnie przed świętami już nieco odciążone od prac domowych i mając wyrąbane na wszystkie szkolne obowiązki, inteligentne Tiga i So postanowiły się nie nudzić. Otóż, wymyśliłam, że pożyczę od mojego kochanego Cwaniaka aparat, i zrobię przy świeżo udekorowanej choince (na internackim głównym holu na parterze) So parę zdjęć w czapce mikołaja i zrobię z tego świąteczną, improwizacyjną, KRÓTKĄ animację poklatkową. Nigdy nie wierz swoim postanowieniom, z tego wniosek.

 W końcu nie zrobiłyśmy ani jednego zdjęcia pod choinką ze względu na czyjąś nieprzyjemną aurę w stronę Sophie. Poszłyśmy więc na dwór i tak latałyśmy od zewnątrz do wewnątrz, po pokojach, teatralnej, korytarzach, klatce schodowej...

  Bilans? Nie było nas 2 godziny, zrobiłyśmy ponad 1200 zdjęć w przynajmniej 6 różnych sceneriach. Żeby było śmieszniej, jakby mało było naszych genialnych pomysłów - postanowiłam zmontować z tego film świąteczny, mimo ogromnej ilości zdjęć i zaczęłam to robić jeszcze tego samego wieczora (warto nadmienić, że sesja trwała od ok. 20:00 do 22:00, a ja sobie inteligentnie montowałam od tej 22:00 dopóki mi o 23:30 nie padły wewnętrzne bateryjki).

 Efekt? Przypadkiem stworzyłam nie tylko film świąteczny, który oddam prawdopodobnie na film i fotografię (Podstawy fotografii i filmu, taki przedmiot w plastyku) ale i przypadkowo zmontowałam (i So to tak zagrała, choć nie wiedziała jeszcze wtedy, jaki utwór wybiorę do animacji) teledysk do Another Rock'n'Roll Christmas Ironów. Kocham przypadki!


Co jeszcze? Cóż, dużo rzeczy się ostatnio działo. W ostatni dzień szkolny tego roku (19 grudnia) odbyło się szkolne przedstawienie, w którym szczęście (lub nieszczęście) miałam grać Diabła, i jak to ładnie ujęła jedna z profesorek "przydupasa Szatana". Poza tym działy się wtedy dziwne, paranormalne zjawiska w szkole i internacie. Już pierwszego dnia po powrocie ze szkoły zachrzaniałam po domu z miotłą i odkurzaczem, a przez ostatnie 2 dni lepiłam ozdoby choinkowe z masy papierowej, malowałam je (jeden przypadkiem został ochrzczony "Anioł Morderca", a dlaczego, dowiecie się ze zdjęć...) i robiłam zakupy na Święta. Ogólnie, roboty trochę jest i będzie, czekają mnie literki, malarstwo i historia sztuki... A kij z tym, są Święta.

W pierwszy dzień Świąt postaram się napisać recenzję Apocalyptic Love i World on Fire, wstawię je w jednym poście, i będzie to post prawdopodobnie całkowicie recenzyjny. Warriors of the Road jeszcze nie miałam czasu na spokojnie w całości obejrzeć (obejrzałam jedynie część dokumentalną, niestety) a Redeemera nie wiem, czy zrecenzuję teraz, zależy jak szybko uwinę się z robotą do szkoły.

Byłam na Kosogłosie, taaaak, byłam. Byłam razem z Barbasią, Izą, Gabcią i Adrianem. Film piorunujący. Tylko, że typowy wnerwiacz. Krótki, pewnie udałoby się go zrobić jako jedną część ok. 3 godzinną, ale po pierwsze więcej kasy idzie z 2-óch filmów, a poza tym trzyma w napięciu. Niesamowicie podobało mi się, że scenografia zgadzała się prawie całkowicie z tym, co sobie wyobrażałam czytając książkę. Kreacja torturowanego, wychudzonego i wyglądającego jak dziecię obozów koncentracyjnych Peety robiła wrażenie. Był bardzo wiarygodnie przedstawiony. A i tak gwiazdą filmu była postać Haymitcha - kiedy tylko się pojawił na ekranie, wszyscy zamruczeli z zadowoleniem i co drugi jego tekst wywoływał śmiech na sali.

 A najbardziej piorunujący moment? Cóż, podróż Katniss przez ruiny Dwunastki była piorunująca, owszem... Przerażająca, bo spokojna, a jednak czuło się dramaturgię tej sceny, wyobraźnia dopowiadała elementy, które musiały nastąpić w czasie nalotu. Ale najbardziej nieziemski moment to śpiew Katniss, The Hanging Tree i przejście jej głosu w głos maszerujących rebeliantów. To było bardziej niż piorunujące.

 Ogółem, czekam na część drugą. Oby była jeszcze lepsza.


A Ty, potworku, zginiesz za tą książkę.



Tyle by było w kwestii wykładów i wywodów - czas na dokumentację zdjęciową. Na koniec, jeszcze raz wesołych i obyście poczuli magię Świąt, bo ja jakoś nie mogę jej poczuć. Niech moc, święty i renifery będą z Wami!
~ Tiga

Anioł Morderca



piątek, 5 grudnia 2014

Christbass is coming...

... czyli to i owo o tym, jak to Tidzia dorwala sie do basu.

Witajcie!

Coz, pisze do Was wlasnie ze szkoly. Siedze przed sala i czekam na historie sztuki. W zwiazku z tym, oraz faktem braku internetu w domu, bedzie krotko i zwiezle.

Zacznijmy od zyczen, bo przeciez jutro mikolajki! Moze  to nieco materialistyczne, ale zycze Wam uciechy z prezentow i milo spedzonego czasu.

Nastepnie - zamowilam sobie troche przed premiera wspominane juz wczesniej Warriors of the Road - The Saxon Chronicles II. Jesli dobrze pojdzie, juz dzisiaj dorwe je i caly wieczor spedze na uwaznym ogladaniu i przesluchiwaniu zawartosci.

Wczoraj znow pozyczylam internackiego Marshalla... nie moglam sie doczekac, bo przez ostatnie 1,5 tygodnia nie mialam czasu grac i ciagnelo mnie do gitary jak do czegos istnie uzalezniajacego... ale malo tego, ze pozyczylam Marshalla! W zwiazku z niedawna propozycja gry w zespole jako basisty, postanowilam podszkolic sie w tym kierunku. Kochany profesor pozyczyl mi swoj bas, za co  wielce dziekuje i troche mi glupio, ze ciagle cos od niego wyciagam. Anyway, nie spodziewalam sie, ze bedzie mi tak szybko szlo - lacznie to przegralam na razie moze ze 2 godziny, troche wczoraj troche dzis rano. Mimo tego udalo mi sie nauczyc juz (jako tako, wymaga ogrania z utworem ale po pierwszych probach z podkladem jest calkiem niezle) Crazy Nights COBu. Jaram sie jak norweski kosciol!

Co jeszcze? Bede diablem na jaselkach. Ale to chyba oczywiste...

Recenzje... beda, beda! Jak tylko wroce na swieta, beda na pewno recenzje World on Fire (moze od razu kompaktowo z Apocalyptic Love, bo chyba nie pisalam jeszcze o debiucie SMTC), Warriors of the Road, Redeemer of Souls i mozliwe, ze bedzie jeszcze recenzja pewnych singli, ale to sie zobaczy. I pewnie recenzja Kosoglosa cz.1 tez bedzie. A co!

Za brak polskich znakow i ladu przepraszam, blogger app w telefonie.

Niech moc bedzie z Wami (tak apropo zapowiedzianych Gwiezdnych Wojen VII).
~Tiga

niedziela, 16 listopada 2014

Saxon, Skid Row, Halcyon Way...

... czyli nieziemski sobotni wieczór w warszawskiej Progresji.


Witajcie!


Chłodno, wietrznie, ciemnawo... listopadowo. Ale wczorajszy wieczór na długo zapadnie w pamięci nie tylko mojej, ale i ok. 2,5 tysiąca fanów metalu z całej Polski.


Godzina 13:45 - wyjeżdżamy z domu. Zabieramy jeszcze po drodze Adriana, po czym łapiemy wiatr w żagle i płyniemy sobie spokojnym tempem w stronę Warszawy.

Około 18:00 pojawiamy się na parkingu obok Fortu Wola, 20 metrów naprzeciw głównego wejścia do Progresja Music Zone. Rejestracja TKI nikogo nie dziwiła - były tam tablice dosłownie z każdego możliwego województwa i dużej części większych miast powiatowych. Ze względu na niesamowity wiatr, mroźny i wybitnie nieprzyjemny, wybyliśmy do Fortu Wola w celu znalezienia jakiegoś ciepłego kąta. Mieliśmy w końcu jeszcze pół godziny (a nawet 45 minut, ale woleliśmy być wcześniej) do otwarcia bram.

 Atmosfera już od początku była niezwykle przyjazna. Było z kim pogadać, zagadać. Ok. 18:40 zaczęli wpuszczać nas na teren klubu, partiami, po ok. 15 osób za jednym razem. Na początku weszło może ze 300 - 400 osób. Wbiegliśmy (po uprzednim oddaniu kurtek i zostaniu zrewidowanym na schodach) na salę na trochę przed 19:00. Stanęliśmy po prawej stronie, ja naprzeciw rampy, po której wtaczane były pudła sprzętu, a Adrian z tatą koło szafy. Szafy, czyli wielkich kolumn głośnikowych, które już przed koncertem grały różnorakie hiciory, w tym For Whom the Bell Tolls Metallici - już wtedy przewracały się bebechy.

Godzina 19:15 - po dłuższych kipiszach przy scenie i na scenie, wyszedł zespół... ale chwila! Zanim cokolwiek, na scenie pojawił się (dosłownie jak duch, połowa osób zauważyła go dopiero, kiedy powiedział coś do mikrofonu) Quinnie z Saxona, wywołując ryk, a raczej owację publiczności. Zapowiedział on swój support (co wydało mi się niezwykle miłe z jego strony, a przy tym zrobił to z taką chrypą, że mi ciary poszły po plecach...), po czym na scenie wytoczyła się pierwsza machina wojenna - Halcyon Way.

Set młodych panów (w porównaniu z, że tak powiem, headlinerem koncertu, to bardzo młodych) z USA był niezwykle krótki, ale przy tym urokliwy. Grali ciężko, szybko, z werwą... tylko, że od razu wyciekł problem z owymi szafami. I ogólnie nagłośnieniem. Perkusja i bas zagłuszały totalnie gitarzystów, a wokalista mimo usilnych starań był słyszalny tak dobrze jak mysz piszcząca równo ze szczekaniem psa. Oryginalne porównanie, wiem, ale jestem po koncercie, wybaczcie. Anyway - mózgotrzep taki nam to nagłośnienie zafundowało, że po pierwszej piosence, Conquer, nie wiedziałam jak się nazywam. Na szczęście ktoś z technicznej załogi musiał się zająć tym brzmieniem, bo nieco te gitary się w połowie setu wybiły, ale aż do końca całego koncertu wszystkich zespołów były stanowczo za ciche w porównaniu z szalejącymi perkusistami i basem.

Halcyon Way zagrali jedynie 6 utworów w ciągu 45 minut - wspomniane Conquer, On Black Wings, Web of Lies, Hatred is My Cause, Save Your Tears i Desecration Day. Powiem szczerze, że chyba najbardziej podobało mi się Conquer, Web of Lies i Hatred is My Cause, ale całość była niezwykle wyważona. Kawałki niezmiernie równomierne, ciężko wybrać najlepszy z setu. Poza tym, był to krótki występ, więc energiczni panowie poradzili sobie śpiewająco. Dosłownie. Desecration Day zakończone zostało wrzaskiem "Prepare for our friends from Skid Row!" i nastała przerwa techniczna na prze-aranżowanie sceny. Trwała planowo około 15-20 minut. Po przerwie technicznej zgasły światła, zabrzmiało intro, po czym przybył na scenę perkman Dave Gara. Rozbrzmiały syreny alarmowe, czerwone światła rozszalały się po scenie, Dave walił po garach jak opętany... a wtedy zaczęło się.

Myślę, że rozpoczęcie koncertu od "Slave to the Grind" było najtrafniejszą rzeczą, jaką mogli zrobić chłopaki ze Skid Row. Wszystko na tym koncercie działo się tak szybko... Wszyscy skakali, wrzeszczeli, klaskali, a Johnny nie szczędził miłych słów publiczności. Opowiedział anegdotę o Snake'u, wypowiedział się na temat Woodstocku... wszystko, jak gdyby miał na to cały wieczór. Ale grali na tyle sprawnie, że mógł sobie na to pozwolić. Scott ciągle podbiegał do mnie i paru dziewczyn obok, i choć jako jedyna z nich nie wyciągałam do niego wściekle rąk i nie piszczałam, a jedynie uśmiechałam się i machałam dynią - zaintrygowałam go (być może właśnie brakiem szału na jego widok). Chciał mi rzucić kostkę, ale nie zdążyłam odkleić łap od barierki, kiedy napalone panie obok zaczęły walkę o piórko Hilla. Pałeczkę pana z Halcyon Way też z resztą mogłam mieć, ale stojąca obok dziewczynka (na oko maksymalnie 12 latka) tak błagalnie spojrzała na mnie, kiedy pałeczka spadła obok moich glanów i zatrzymała się na nich, że odepchnęłam ją pod jej nogi. Tak więc tym razem obyło się bez artefaktów, ale przynajmniej wymieniłam i obejrzałam kilka przeuroczych uśmiechów Scotta i basisty Skid Row, Rachela Bolana.

Set amerykanów składał się ze Slave to the Grind, Piece of Me, Makin' a Mess, Big Guns, 18 and Life, Thick is the Skin, Psycho Therapy, Monkey Business, We Are the Damned i oczekiwane przez całą salę, finalne Youth Gone Wild.

Najbardziej chyba podobało mi się Slave to the Grind, 18 and Life, Monkey Businness, a najnajnajbardziej We Are the Damned (genialny, po prostu genialny) i Youth Gone Wild, na którym wszyscy już dostali totalnego bzika, szaleli i śpiewali jak nakręceni. Po wyjściu Skid Row, nastała kolejna, nieco dłuższa przerwa.

Okazało się, że czarny kształt za perkusjami (i tej Halcyon Way, jak i Skid Row) to były czerwone, wielkie bębny Nigela, z nakładkami z Sacrifice. Były przysłonięte czarnym materiałem przypominając ściankę działową. Teraz na scenie zrobiło się dwa razy więcej miejsca, bo perkusja nie stała już na środku, ale z tyłu na podeście. Po pewnym czasie zgasło światło i widać było jednego z technicznych idącego z latarką, a za nim podążał pan Glockler.

Chwilę później z głośników nad nami zaczęły wydobywać się wycia silników, świst pędzących samochodów. Byłam pewna jednego - zagrają Motorcycle Man. Po chwili przypomniałam sobie, że trasa nosi miano "Warriors of the Road" jak utwór z ostatniej płyty Saxona, też zaczynający się takimi dźwiękami. Jednak szybko odpędziłam tę myśl ufając, że zaczną od Motocyklisty.

Nie myliłam się. Zaczęło się szaleństwo. Nie mogłam sobie rano przypomnieć dokładnej kolejności setlisty poza dwoma pierwszymi i dwoma ostatnimi utworami, bo bardziej zajęłam się darciem się i śpiewaniem najgłośniej jak się da, skakaniem i headbangowaniem. Zostałam zmieciona przez duet Nigel i Nibbs, bo pomijając ich ogólne zgranie i świetne brzmienie w owym duecie rytmicznym, to wspomniane nagłośnienie powodowało, że Nibbs momentami wstrząsał całą widownią. A robił to z niezawodnym uśmiechem, niewinnie stukając palcami w pierwszą strunę, pięścią ciskając w powietrze, by zachęcić publiczność do współpracy. Poza tym jak zwykle szalał po scenie, biegał w tę i nazad, podskakując niczym Angus Young, czyniąc coraz wymyślniejsze skoki z wyszarpnięciem basu.

Kolejnym miłym zaskakującym akcentem było natychmiastowe przejście od Motorcycle Man do... Sacrifice. Zamurowało mnie przez pierwsze dźwięki riffu Douga, nie wierzyłam we własne szczęście. Potęga tego kawałka na żywo okazała się zwielokrotniona. Już nie mówiąc o tym, że prawie cała sala śpiewała najgłośniej jak się da (ja w tym kawałku prawie zdarłam sobie gardło) razem z Biffem, nadrabiając słabość nagłośnienia wokalu. Moment breakdownu, gdzie cała sala jednocześnie machała głowami i wyrzucała pięści w górę krzycząc "Hey! Hey! Hey!" a gitary na moment wybiły się spod basu i garów, które dopełniały krzykowi ludzi - nigdy w życiu nie widziałam czegoś tak mocarnego i przy tym tak pięknego. To było nie z tej ziemi.

Swoją drogą, Paul i Dougie mimo problemów z dosłyszeniem, dawali z siebie 200%. Zrobili świetne show, nie tracąc przy tym na kunszcie gitarowym. Solówki Douga zawsze mnie szokowały, ale to co wyczyniał i to, jak to brzmiało na żywo - niezapomniana rzecz. Nie do opisania. Spełniło się moje marzenie.

Biff przeszedł też samego siebie jeśli idzie o głos, był w świetnej formie. W połowie koncertu na szczęście było trochę oddechu - bo gdyby nie było, zdarłabym gardło do reszty i nie byłabym w stanie nic powiedzieć już po koncercie, a tak mówię do tej pory, choć troszkę gorzej, niż zwykle. Przy tym Byford strzelał tyle różnych tekstów, anegdoty o pierwszym występie w Polsce w 1986 roku, nabijał się z 35-cio lecia zespołu, ogółem - umilał nam czas jeszcze bardziej, niż zrobił to samym śpiewaniem.

Setlista była wielkim zaskoczeniem dla mnie - zagrali 90% tego, co chciałam usłyszeć. Grali:

1. Motorcycle Man

2. Sacrifice

3. Heavy Metal Thunder

4. Lionheart

5. I've Got to Rock (to Stay Alive)  (ten kawałek uradował mnie niesamowicie, w jego trakcie Biff zrobił próbę głosu publiczności, a ja straciłam głos, więc do Dallas 1 P.M w ogóle nie śpiewałam, a potem aż do Red Star Falling starałam się oszczędzać, potem znowu wrzeszczałam jak się dało)

6. Suzie Hold On

7. Dallas 1 P.M

8. To Hell and Back Again

9. Red Star Falling (tak bardzo miło było to usłyszeć, tak niespodziewanie to zagrali; cała sala wyła "Did you see the red star falling?")

10. And the Bands Played On

11. The Eagle Has Landed

12. 20.000 Ft

13. 747 (Strangers in the Night)

14. Forever Free (kolejna cudowna niespodzianka, gdzie znów pół sali wyło w refrenie)

15. Strong Arm of the Law (zaczęło się z niewinnym uśmieszkiem Nibbsa stojącego na podeście przed perkusją, szarpiącego bas jedną ręką, a drugą wyciągnął w stronę publiczności i nakłaniał do głośnego krzyczenia w rytm basu i gitar, których cudownego riffu niestety nie było słychać za dobrze; mimo wszystko wyszło mocarnie, dzięki publiczności)

16. Princess of the Night (tu Biff zrobił filmik, gdzie krzyczymy "Yeah!" trzymając ręce najwyżej jak się dało, po czym śpiewamy wstęp razem z gitarą Paula, jak to często jest w zwyczaju koncertów Saxon)

17. Wheels of Steel (tu było znów szaleństwo i próba publiczności)

18. Crusader

19. Denim and Leather (tu wyszło chyba najmocarniej, Biff określił to jako tribute dla nas, fanów, a my odwdzięczyliśmy mu się zdarciem resztek gardeł i machaniem pięściami w rytm refrenu)


Oraz bis, wybłagany przez publiczność - Broken Heroes! Zabrzmiało niesamowicie. Magicznie.


Cały koncert był świetny i jego geniusz dotarł do mnie dopiero po wyspaniu się. Padłam od razu po powrocie z klubu. Do tej pory mam problemy z poruszaniem się, koordynacją ruchową i myśleniem... Ale warto było. Jak cholera.


Tak więc, zjarana Tidzia na razie żegna - jednak nie mogłam odpuścić sobie recenzji, więc jest, ale tylko tyle na dzisiaj.

Niech moc będzie z Wami!

~Tiga

sobota, 8 listopada 2014

Halloween miesza w głowie...



... czego dowodem jest fakt, że zwyczajnie zapomniałam napisać 31 października.


Witajcie!


Nic by mnie nie obchodził brak postu z Halloween, gdyby nie fakt, że nie pisałam w październiku ani trochę. Szkoda. No ale cóż, takie życie, prawda?

Próbuję coś rysować, jakoś żyć, pisać jakieś opowiadania, wiersze. Profesor z internatu (z wielkimi ukłonami to piszę, niezmiernie wdzięczna jestem) trochę wsparł moje granie (a raczej rzępolenie) na gitarze, dając do dyspozycji mnie i dziewczyn z mojego pokoju 100 Wattowego Marshalla + obiecał obniżyć mi akcję strun w Pacifice. Niebo!

Szkoda, że nieczęsto tacy ludzie się trafiają.

Halloween jakoś tam obeszłam, pomogłam paru osobom, ale jak już zaczęło dobrze iść, to oczywiście musiałam coś spaprać, bo inaczej zachwiałabym równowagę wszechświata. Wszechświat nie może sobie pozwolić na moje szczęście. Teraz po próbach pomocy przyjaciółce, zostałam postawiona w świetle wrednej, bezuczuciowej cholery, żeby nie nazwać się gorzej; nie licząc wystarczających wyrzutów sumienia, stałam się w oczach połowy świata potworem a ona ofiarą. Przykro, że jestem zołzą, ale niestety, nie umiem myśleć szablonowo jak cała reszta świata. Robię po swojemu, potem ewentualnie tego żałuję, ale tworzenie dodatkowych wyrzutów to już z lekka wredne posunięcie. Bo ja też wbrew pozorom przechodziłam równie trudne albo gorsze rzeczy, nie mogąc się nikomu wyżalić, przez co żyję z tym do teraz.


Anyway, co poradzę? Jak mam grać złą, to trudno, będę zła.


Soula straciłam, straciłam siebie samą, więc co mi po reszcie świata? Takiej "pustaci" nic nie wypełni, cytując profesora od malarstwa.


Koniec żalu. Jadę w przyszłą sobotę (ahhhh to już tylko 7 dni! odliczanie czas zacząć) na Saxona. Saxona ze Skid Row i supportem Halcyon Way, ale kij z resztą - SAXONNNN! Dla tego koncertu warto dożyć do 15 listopada. Mało tego, są już marzenio-plany na Motorhead i Judas Priest. Na Slasha niestety w tym roku nie wyrobię, bo dość mocno budżet podciął mi telefon, za którego naprawę (wymianę szyby) zapłaciłam ciężką kasę. Uh, trudno. Trzeba było go nie zrzucić.


Na grafice idzie mi beznadziejnie, na malarstwie równie słabo, na matmie średnia nie wykracza ponad 1,50. Co tam, przecież życie jest takie piękne. I jak tu nie czuć się śmieciem?


Tyle dobrego, że chociaż praca na Pudełko Zwane Wyobraźnią, ogólnopolski konkurs plastyczny organizowany przez mojego kochanego plastyka, uszła cało i spodobała się profesorowi. Zbytniego entuzjazmu nie było, ale nie oberwałam, więc wygląda na to, że źle nie było. A to już coś.

Siedzę przed ekranikiem i staram się napisać czy narysować na tablecie coś konstruktywnego, ale to dość ciężka sprawa. Zabrałam się, po zrealizowaniu na Podstawach Fotografii i Filmu animacji poklatkowej, do zabawy programem PAP4 (Plastic Animation Paper 4.0). Tworzy się w nim taką właśnie animację poklatkową, z tym, że nie ze zdjęć, ale z własnych rysunków. Prosty, do monochromatycznych prac, ale całkiem ciekawy i dość praktyczny. To tak dla zabicia czasu.

Zabijanie czasu. Pffff! Ja tu mam Kosogłosa do doczytania, bo nie miałam czasu doczytać nawet do połowy, tylko do jakiejś 1/4, akwarelę Pragi i obraz olejny dla babci do dokończenia, no i oczywiście prace domowe z malarstwa, "niewielkie, żebyśmy odpoczęli w długi weekend". Niewielkie. PFFF!


Jestem zbulwersowana. Albo zrozpaczona. Na jedno w sumie wychodzi.



Zalegam z recenzjami cudownych, nowych nabytków muzycznych: World on Fire Slasha, Reedemer of Souls Priestów, Be4ore Kruka i Unplugged & Strung Up Saxona. A tu jeszcze w planach mam koncert, do którego recenzja MUSI się pojawić, oraz 27 listopada wychodzi w Polsce (a przynajmniej taka jest data na Allegro, a u Saxów co ciekawe dla całej Europy premiera odbyła się wczoraj... eh, ten nasz zacofany grajdołek) zapowiadający się nieziemsko The Saxon Chronicles II: Warriors of the Road. Po obejrzeniu Heavy Metal Thunder - The Movie nie jestem w stanie nawet wyobrazić sobie, jak mogłabym tego cholerstwa nie kupić. No nie mogę, no!


Mój tatko się rozkoncertował od czasu, jak spodobało mu się (i mi też) na Omedze. Widocznie fakt podobania się mi go najbardziej przekonał, bo teraz ma z kim jeździć na koncerty. Obawiam się, że moja mama koncertem Motorhead nie byłaby zachwycona. Chyba, że supportowaliby ich Foo Fighters albo Alice in Chains, to wtedy byłby cień szansy, że by taki koncert ZNIOSŁA.

A co do Foo Fighters, to tak jak nie cierpię TFUrczości pana Grohla i kolegów, to nowy singiel Something from Nothing po chwytliwym riffie mnie urzekł. Dosłownie, urzekł. Bardzo mi się podoba.

Tak jak z resztą Play Ball AC/DC. Pomijając to, jak zmartwiło mnie oświadczenie o amnezji Malcolma, to bardzo zaniepokoiły mnie ostatnie plotki na temat Phila. AC/DC bez jednego z Youngów było już na cienkiej lince przetrwania, ale jeśli Rudda wywalą to już w ogóle bukmacherzy mogą obstawiać 10:1, że Australijczycy powędrowali na dno.


W ogóle, co się z tym światem dzieje?



I czemu do cholery Helloween nie wydał jeszcze nowej płyty?!

Foch, panie Weikath z kompanią. I foch, bo Sascha chyba znowu ściął włosy. Co z tego, że mu nawet fajnie, bo tak trochę w stylu Rabbit Don't Come Easy era, ale nie. Po prostu nie.


Ironi też się chyba od Metallici lenistwem płytotwórczym zarazili, bo niby do studia pojechali, ale ani widu, ani słychu oficjalnych informacji na temat nowego albumu. A Tallica to już w ogóle. 27 albumów koncertowych do końca roku bodajże. Porąbało?


Chociaż wróć, ja ten z Polski to chcę.



Taa. To może ja już pójdę. Niech moc będzie z Wami. A tak na dobranoc, damy Tigeła halloweenowego. Amen!
~Tiga







poniedziałek, 22 września 2014

Wieści z krainy deszczowców...

... czyli parę słów o chorej Tidze i temacie z poprzedniego wpisu.


Dzień dobry!



Dla mnie dobry raczej niekoniecznie, bo po zeszłym tygodniu spędzonym głównie w internackim łóżku, znów złapała mnie choroba, a raczej przebudziła się po piątkowym wyjeździe szkolnym. Nie spałam całą noc, więc proszę mi wybaczyć, jeśli moje wypowiedzi nie będą zbytnio elokwentne.

A tak serio.

Nawiązując jeszcze do Omegi (którą do tej pory żyję, którą ciepło wspominam w słabych momentach i którą tak haniebnie spisałam na straty, czego sobie wybaczyć nie mogę) z poprzedniego wpisu... Bodaj w zeszłą niedzielę (14 września) albo coś koło tej daty ukazała się statystyka z festiwalu. Na Omedze było ok. 23 tysiące ludzi! Wierzyć mi się odechciewa.

Nie, żebym narzekała... jak na pierwszy prawdziwy koncert rockowy to nie najgorzej.

Co do deszczowców, to szału dostać można - od rana leje i leje. Ocieplam sobie atmosferę jedynie słonecznym power metalem z Teneryfy krzyżowanej z Hamburgiem (choć nazwa typowo jesienna, w końcu coś tam o Halloween i dyniach...) i Omegą, no i akwarelą, nad którą męczę się już drugi dzień. I końca nie widać. Ale zaczęłam nieco ratować jej wygląd. Może nie będzie aż tak tragicznie.

Zachciało mi się, cholera, akwarelowej panoramy miasta nocą. Jestem masochistką...

Co do innych ciekawych rzeczy - to nic ciekawego. Brak Soula, brak słownika. A nie, wróć! Jest coś ciekawego. Otóż... Doszła do mnie w zeszłą środę (a przesłuchana została niestety dopiero w sobotę) płyta... World on Fire Slasha! Tj. Slasha, Mylesa i Konspiratorów, bo jakże mogłabym pominąć cudowną ekipę towarzyszącą Ukośnikowi.

Ekipa na prawdę dzieeelnie się spisała. Recenzja ukaże się na pewno, jak tylko przesłucham dobrze krążek, a trochę mi to zajmie, bo ma 17 utworów. Ale co to dla nas! Poza tym, to dobrze, bo to trochę jakby fani Slasha dostali 2 nowe płyty.

Cały czas nurtuje mnie fakt, że na Apocalyptic Love Toddy nie miał żadnych udziałów w pisaniu piosenek, i wszystko brzmiało bardzo Slashowo, tak hard rockowo, miejscami bardziej alternatywnie... Ale mimo obecności Mylesa w zespole, płyta nie zajeżdżała nawet przez moment jego Alter Bridge...  Dziwnym trafem, kiedy Todd został współkompozytorem Shadow Life, to tylko ten jeden jedyny utwór na World on Fire jedzie Alter Bridge na kilometry!


Todd, co z tobą nie tak?


Nic w tym złego jednak nie ma, bo utwór od reszty nie odstaje, przynajmniej nie jakoś rażąco, a przy tym jest w mojej aktualnej czołówce najlepszych z nowego krążka.

O czym to ja jeszcze... Ahh tak, wycieczka do Warszawy w zeszły piątek. Miło było. Budowaliśmy w KFC wieże i inne tego typu z paczek po Bsmartach. Mam nawet zdjęcia i filmiki. Co prawda tu ich raczej nie wstawię (cóż, taki minus bycia fejmem, mogę zostać za to zamordowana w tajemniczych okolicznościach, nawet strzępków po mnie nikt nie znajdzie... rozumiecie, kwestia bezpieczeństwa wewnętrzno-zewnętrznego), ale mogę zapewnić, że było bardzo ciekawie. Byliśmy też wcześniej w Wilanowie, potem w Muzeum Narodowym (w którym ja już gościłam któryś raz z rzędu, ale nie było tak źle, ze względu na zbliżające się godziny zamknięcia muzeum uwinęliśmy się szybko i bezboleśnie)... Amaya, liczę, że zobaczę kiedyś zdjęcie, które miało być na bloga, a wkitraliśmy się wszyscy. c: Ale cóż, takie życie!

Anyway~ skończyliśmy całą podróż spektaklem muzycznym w teatrze Roma, czyli muzyczną adaptacją (nieco zalatującą sci-fi, na pacmana już nikt z nas nie spojrzy w ten sam sposób...) "Procesu" Kafki. Schizowo było i była zadyma (dosłownie, myślałam w pewnym momencie, że dym po laserach nas udusi, kiedy go wywiewało z malutkiej sali po naszych twarzach, bo siedziałyśmy przy wejściu). Ale każdy był (chyba) zadowolony.


 Wracaliśmy tak długo, że się słabo robi. Wyjechaliśmy z Warszawy o 21:30, więc przy spokojnym, równym tempie powinniśmy być na pół godziny po północy w Kielcach, doliczając ten 15 minutowy postój w połowie drogi. A byliśmy po 1 w nocy. Wesoło.

 A ja dalej nie wiem, jak myśmy to zrobili...

Cóż, naćpałam się paluszków, a Amaya rzodkiewek, to skąd mogłyśmy wiedzieć... a jeszcze wcześniej wtryniłam dwa bsmarty, tym bardziej się oćpałam.

 Odpały w tej Wawie były niezłe. Na przykład gadanie przez telefon z potworkiem, w sumie to naraz w 3 osoby, idąc Alejami Jerozolimskimi na których jest taki hałas, że bój się kota... Taa. I mina kolesia rozdającego ulotki na widok mojej koszulki. "Nooo, Iron Maiden, no proszę!"

Chyba go ucieszyłam.

Morał z tego taki, Ironowscy fani-nawiedzeńcy są wszędzie!

*Jak Biedronki*

"Pacz w lusterka, Biedronki są wszędzie." (czyli jak Tiga z tatą wymyślała hasło reklamowe dla popularnej sieci sklepów)

Patrzę na tą akwarelę... i odechciewa mi się żyć.


Także bigos amigos, niech moc będzie z Wami i niech latający potwór spaghetti zrobi Wam dzień!
~Tiga

niedziela, 7 września 2014

Dziewczyna o czerwonych włosach w Lublinie...

... czyli parę słów o wczorajszym koncercie Omegi.


 Witajcie!


Dawno mnie nie było... Cóż, dużo jest roboty, i dzisiaj też tylko parę słów. Zacznijmy może najpierw od tego, co dzieje się aktualnie z Tigełem.

Otóż, drugi rok w plastyku, trochę stresu przed nowymi przedmiotami, trochę dużo godzin. Próby wygospodarowania czasu dla siebie, przyjaciół, rodziny. Starania o dobry start, żeby potem był i dobry koniec.

Najbardziej chyba bałam się (i nadal trochę obawiam) historii sztuki czy liternictwa, ale jakoś muszę dać radę. Na obydwu siedzę z Amayą... Przypadeg? Nie sądzę.

Postaram się poczytać drugi tom Alicji w Krainie Serc i Exitus Letalis, które zobaczywszy u Ami, strasznie mi się spodobało. Teksty Katt Lett są po prostu cudowne.

Trochę czasu mam jeszcze, póki trwają remonty pracowni, malarstwo i rysunek czy grafika wyglądają nieco nienaturalnie i dziwnie. Trwa również remont internatu, przez który znów wylądowałyśmy w 108, ale chyba nie narzekamy jakoś bardzo... Gdyby nie jeden jedyny aspekt, mogłybyśmy tam mieszkać zawsze. Już pierwszej nocy w internacie, 31 sierpnia, powstał plan na otrzęsiny pierwszoklasistów... Strzeżcie się! Będzie ciekawie.

Weekendy wyglądają w sumie tak jak zawsze - trochę pokomputerować, trochę odespać, pograć na gitarze, poszkicować coś dla siebie, gdzieś pojechać... No właśnie. W środę dostałam od taty propozycję pojechania do Lublina na Europejski Festiwal Smaku... Na darmowy koncert Omegi. Tak, tej węgierskiej Omegi, odpowiedzialnej przede wszystkim za przebój "Dziewczyna o Perłowych Włosach", że węgierskiej nazwy nie wymówię. Tak czy siak, pomyślałam - co mi szkodzi, zawsze to coś innego niż leżenie do góry brzuchem cały weekend.

Kiedy wróciłam do domu w piątek, w przeddzień proponowanego koncertu, okazało się, że będzie jeszcze jeden artysta tego wieczoru. Przed Omegą, od 19, miała grać Kayah z Transoriental Orchestrą... Trochę z dystansem do tego podeszłam, szczególnie na wspominek aż zbyt biesiadnych kawałków z Bregovicem. Tata za to bardzo chciał to zobaczyć. Jako, że nie słucham Kasi dokonań artystycznych, to postanowiłam przyjąć postawę neutralną. Pomyślałam, "najwyżej ponudzę się przez 2 godziny". To był błąd.

Błędem było również założenie, że koncert Omegi będzie spokojnym, lekkim i przyjemnym. Że będzie to rockowe widowisko bardziej wizualne niż dźwiękowe, że 52 letni zespół nie porwie tłumu w sposób taki, jak Iron Maiden czy większość hard rockowych / heavy metalowych kapel, jakich słucha Tydziak. Omegi też nie słuchałam do tej pory nałogowo, przeciwnie, znałam może 3 ich piosenki, w tym wyżej wspomnianą Perłowłosą Kobitkę. Przy pozostałych 2 pojęcie "znałam" powinno zostać zdefiniowane jako "słyszałam, ale jakby mi ktoś puścił i spytał, co to, to prędzej po języku domyśliłabym się, że to Omega".

Z takim więc haniebnym przekonaniem o obydwu zespołach, po 15 minutach wystawania się przed wejściem, przeszłam przez bramę i podążyłam w stronę barierek pod sceną na terenie Browaru Perła.

Trochę sobie poczekaliśmy (gryzieni przez stada komarów), zanim na scenę wszedł nie kto inny, jak Mariusz Owczarek z Trójki. Zapowiedział obydwa koncerty, z naciskiem oczywiście na ten pierwszy, bo drugi miał zostać bardziej dokładnie wprowadzony przez innego redaktora Trójki...

 Kayah pojawiła się za sceną chwilę wcześniej i rozmawiała prawdopodobnie z obsługą koncertu. Najpierw na scenę wszedł jej zespół, Transoriental Orchestra. Po chwili pojawiła się sama Kayah, w niebieskiej sukni, błyszczącej się w światłach reflektorów. Nie powiem, urzekł mnie jej strój, był na prawdę piękny. Poza tym, jej głos - zaryzykowałabym stwierdzenie, że jest ona jak na razie królową wokalistek polskich. I nie wygląda, żeby ktoś jej tę pozycję miał odebrać.

 Zaintrygowała mnie również jej basistka, która na prawdę zrobiła świetną robotę. Warto tu napomknąć, że jak na tego typu, bądź co bądź, darmowy koncert, nagłośnienie było bardzo dobre. Później jedynie pojawiły się wizualne problemy techniczne, ale o tym póóóźniej.

Koncert trwał w czasie nadchodzącej szarówki - zaczął się przy świetle zachodu słońca, a skończył już w egipskich ciemnościach, ok. 20.40. Na prawdę magiczny występ, niesamowity nastrój. Bez jakichś szczególnych efektów specjalnych, jednak zrobił duże wrażenie. Kayah wielokrotnie zwracała uwagę na to, że publiczność jest wyjątkowo sztywna (sama się przyznaję, że tak i ja się zachowywałam, ale głupio mi było, bo nie znam jej repertuaru tak jak np. parę kobiet obok mnie, które dobrze się bawiły). Zażartowała nawet, że po nich występuje zagraniczny zespół, więc co sobie pomyślą, jak publika będzie spać? Ale publika mocno przetasowała się między koncertami. W czasie 1-go z nich ludzi za nami (byliśmy w końcu przy barierkach, z tym, że strefy B, bo strefa A była do rezerwacji, i była stanowczo za duża - my daleko od sceny, a przed nami pusto) było ze 3 rzędy. Ok. 21 było ich już przynajmniej 7.

 Publiczność przed samym koncertem Omegi zaczęła gwizdać, wołać "O-me-ga! O-me-ga!". Pojawiły się naprzeciw sceny, w strefie A, transparenty z nazwą zespołu. Ludzie wyjęli aparaty, telefony, kamery - tak jakby to był ich ostatni koncert w karierze. Scena przeszła totalne przemeblowanie - wjechał zestaw perkusyjny bez izolacji dźwiękowej, większy. Wjechał podest dla orkiestry symfonicznej (z którą, czego chyba nie wspomniałam, miała grać węgierska ekipa), keyboard, pojawiły się odsłuchy i dziwaczne sprzęty projektoropodobne, które później okazały się generującymi lasery i tego typu dziwadła. Przed samym wejściem zespołu pojawił się Piotr Baron (jeszcze wcześniej pojawił się organizator, prezydent miasta Lublin i marszałek województwa) - nagrodzony wielkimi oklaskami, które, jak zwykle skromnie, określił "niesłusznymi". Na te słowa publiczność znów zaczęła klaskać i wręcz wyć. Redaktor wyglądał na mile zaskoczonego, a jednocześnie chyba nieco onieśmielonego tymi brawami. Zrobił z resztą, "próbę braw i entuzjazmu", stosowaną w Trójkowych koncertach w studiu im. Agnieszki Osieckiej. Publiczność sprawdziła się świetnie, a wtedy wybrzmiały słowa "Przed państwem zespół Omega!".

 Po ciemnej scenie przeszło kilka postaci, telebimy przygasły, a ustawione (pojawiły się z resztą ni stąd ni zowąd, nawet nie zauważyłam, kiedy) pod sceną dmuchawy zaczęły tłoczyć na scenę i nad publiczność wielkie ilości dymu. Kiedy zaczęli grać, w pierwszej kolejności uderzyła mnie siła i energia, z jaką zagrali. Wokalista, wyglądający nieco i zachowujący się na scenie jak Biff Byford, przebiegł dziarsko po 'wybiegu' przed sceną śpiewając pierwsze słowa, a gitarzysta niczym wczorajszy solenizant Doug Scarratt (nawet gitarę miał podobną!) ciął ostre jak brzytwa riffy. Patrzyłam na to z taką radością, nie mogąc odróżnić, czy jestem na koncercie Iron Maiden (warto dodać, że lasery i efekty specjalne pojawiły się od razu i były świetne, potęgowały siłę riffów i siłę samego zespołu) czy na węgierskiej Omedze.

 Z szoku wyrwał mnie dopiero następny utwór, kiedy dotarło do mnie, że czarno-różowo włosy basista... to nie basista. To była basistka. Dziewczyna miała 5-cio strunowy bas Fendera, a zasuwała na nim tak (biegając z resztą jak szalona po całej scenie w spodniach ala Steve Harris), że bebechy się człowiekowi przewracały. Była na prawdę świetna. Tak samo ich cudowny gitarzysta prowadzący, który doprawdy stylem gry mnie urzekł. Zarówno solówkami, melodycznymi i koronkowymi, przeplatającymi się z wariackimi popisami i sztuczkami, jak i tymi dynamicznymi i ostrymi riffami, rodem z pierwszych płyt Judas Priest.

 Warto tu wspomnieć o niesamowitym klawiszowcu, który wyglądał jak Jon Lord bez brody. I grał jak Jon Lord. Po pewnym czasie całość koncertu przypominała mi najnowsze Deep Purple, nie Ironów - między innymi właśnie ze względu na niego. Momentami spokojnie uzupełniał orkiestrę i gitarowe solówki, szczególnie w jednej z ballad zagranych na samym początku. Czasem z kolei zachowywał się jak nawiedzony organista i tylko pozornie chaotycznie grał na prawdę świetne rzeczy.


 Perkusista... Cóż, typowy zwierzaczek, grał trochę jak Nigel, trochę jak Dani, a chyba najbardziej przypominał mi Scotta Travisa z Priestów. I o ile zwykle jestem za duetem rytmicznym bas-perkusja, o tyle tutaj wolałam duet gitary z basem. Basowe solówki były na prawdę urzekające, niczym te grane przez Nibbsa. Całość koncertu nagle się urwała, tak jakby zakończyła po końcówce jednego z kawałków fragmentem hymnu węgierskiego. Wyszedł znów Piotr Baron, powiedział, że koncert się zakończył. Byłam już lekko zmarznięta i zdezorientowana...

Jak mogli nie zagrać Dziewczyny o Perłowych Włosach?!

...

Mogli. I zrobili to. Piotr Baron powiedział "a nie czujecie państwo... lekkiego niedosytu?" po czym znikł ze sceny, a wróciła Omega. Ręce poszły w górę, a ze sceny polała się symfonia dla moich uszu - otwierająca utwór solówka. Wszyscy śpiewali, nawet nie znając tekstu, melodycznie dopasowywali sylaby i śpiewali najgłośniej jak mogli. Wszyscy na początku widocznie musieli rozruszać trochę gardła, ale gdy nadszedł pierwszy refren publiczność zaczęła dorównywać decybelami głośnikom. Pod koniec piosenki z samego frontu sceny wystrzeliło czerwono białe konfetti, przywitane okrzykiem szczęścia całej publiczności. Zagrali potem jeszcze jeden utwór, a ludzie zaczęli się rozchodzić - w tym my.

Co do problemów technicznych, wyżej wspomnianych - gdzieś 30 minut przed końcem koncertu Omegi, telebimy postanowiły się zbuntować. Przestały działać, a po zresetowaniu działał tylko ten po prawej, przed moim nosem. Ilekroć były resetowane, żeby i ten lewy zaskoczył, nie dawało rezultatu. Gdy wreszcie zaskoczył... obydwa zaczęły nadawać przeinaczone kolory - czerń na ekranie była różowa, róż zielony, a niebieski był żółtozielony. To nawet nie był negatyw ani kontrast - to było po prostu dziwne. W końcu zaskoczyły i obydwa zaczęły pokazywać prawidłowo, ale z 10 minut to trwało, zanim się opamiętały.

Jedynym mankamentem całego wydarzenia były... dzieci. Przykro mi bardzo, że powiem to po chamsku, ale co za idiota bierze na koncert z takim natężeniem dźwięku dziecko góra 6 miesięczne, na ręku? Wózków nie wolno było wprowadzać. W końcu, takie osoby się wycofały, widocznie brak wózka nieco ich przeraził. Albo koło nas - za nami stała młoda kobieta z dwoma córkami, góra 6-7 letnimi. Dziewczyny nic nie widziały przez osoby przyklejone do barierek. Kobieta zajęła się konwersacją chyba ze znajomymi, przed samym koncertem Omegi, kiedy trwało przemeblowanie sceny. W pewnym momencie spojrzałam pod nogi - tuż pod moimi nogami kucała jedna z dziewczynek, trzymając gołe ręce na poprzeczce barierki, na której właśnie zamierzałam postawić nogę. Już chwilę wcześniej ten berbeć zrobił coś takiego pod nogami mojego taty, ale po jakiejś kąśliwej uwadze z jego strony przeniosło się do mnie. Przepychało się, kładło ręce w takich właśnie dość ryzykownych miejscach barierki, a jej matka w ogóle nie zwracała uwagi na to, że to niebezpieczne. I nawet nie to, że nie widziała - zwracała jej uwagę, ale zamiast odciągnąć, zamiast znaleźć miejsce przy barierce (które akurat przed koncertem numer 2 by się znalazło, bo ludzie się nieco przetasowali podczas przerwy), albo najlepiej nie iść z takimi dzieciakami na koncert tego typu... ignorowała. No cóż, pozdrawiam, szczególnie, że dzieciak był w lichej bluzie z cienkiego materiału i leginsach, a ja w kurtce marzłam.

Mimo wszystko, ewakuowaliśmy się dość szybko z browaru i wsiedliśmy do samochodu. Cały koncert żałowałam, że nie jestem pod sceną, bo aż chciało się popogować, choć koncert się na to wcześniej nie zapowiadał - na prawdę nie spodziewałam się takiej energii. Było świetnie i jeśli jeszcze kiedyś dane mi będzie pójść na koncert Omegi - zrobię wszystko, żeby się na niego dostać.

Miało być krótko, w końcu nie jest... Ale to może i dobrze - bo nic ciekawego poza koncertem do powiedzenia nie mam. Nie doszłam chyba jeszcze do siebie i jestem półprzytomna, późno wróciłam i późno się obudziłam... W nocy jeszcze mijaliśmy wypadek, ktoś potrącił pieszego na przejściu... wyglądało, że śmiertelnie. O ile przed zobaczeniem tego przysypiałam i już nawet przysnęłam raz czy dwa na dosłownie minutę czy dwie, tak po zobaczeniu tego odechciało mi się spać w samochodzie.

Tyle by było w kwestii Tigeła na początku września. 19 bodajże jadę z klasą do Warszawy na wycieczkę, może być fajnie. Jest też potwierdzenie, że jedziemy na Saxon (jako support - Skid Row), na trasę z okazji 35 lecia. 15 listopada, Progresja Music Zone. Nie mogę się doczekać.

Niech moc będzie z Wami!

~Tiga

niedziela, 3 sierpnia 2014

Znowu w akcji...

... czyli parę słów o tym, jak Tydziak wreszcie zaczyna normalnie funkcjonować po zrąbanym lipcu.


Witajcie!


Nie powiem "dzień dobry", bo jak zwykle po czymś fajnym, ktoś musi (albo ja sama) mi spaprać humor. Jestem zła i jest mi przykro, niestety, chyba nie dotarło, że w takiej sytuacji nie oczekuję tłumaczeń. Oczekuję pieprzonego przepraszam. I nie zamierzam tym razem grać grzecznej dziewczynki. Będę zła, dopóki tego przepraszam nie usłyszę. Bo mi się tym razem, cholera, należy.


Wczoraj byłam z naszą wesołą ekipą w Kielcach. Ja ze swoim potworkiem byłam już o 8 na miejscu, potem doszedł Kot. Było bardzo, bardzo rozrywkowo. Posiedzieliśmy chwilę w galerii, po czym poszliśmy w stronę rynku. W końcu spotkaliśmy się z Amayą pod fontannami. Zostałam chyba 3 krotnie do tej fontanny wrzucona. Do tej pory mam chrypkę od wrzasku, jaki wtedy robiłam, i prawdopodobnie od lekkiego zaziębienia... Kij z tym, było warto. Poza tym połaziliśmy trochę, byliśmy też na lodach na Sienkiewce, gdzie z resztą niezwykle starannie upaprałam sobie białe ciuchy. Na końcu Kot pojechał na chwilę do domu, a my z potworkiem czekaliśmy na powrót do domu. Miło było sobie tak posiedzieć. Tak beztrosko, jak gdyby cała reszta świata nie istniała, jak gdyby nie było żadnych problemów.

Problemy pojawiły się dopiero w środku nocy. Próbowałam pomóc, nie wyszło. Ale czuję się wystawiona. Tak się nie robi. Nie po to martwię się nawet przez sen, żeby potem nie otrzymać nawet słowa, że nic się nie stało. Krew mnie zalała. Ale nie będę już więcej zamartwiać się na zapas, skoro potem mam się czuć gorzej, niż osoba, której problem chciałabym pomóc rozwiązać. Mam dość notorycznego cierpienia za innych ludzi. Życie jest za krótkie, żeby je sobie dodatkowo skracać niepotrzebną, jak widać, troską.


Error 404: Soul not found. Gdzież Ty jesteś, Lordzie Dżagodziabath?


Napisałabym jakąś recenzję, ale zwyczajnie mi się nie chce. Mam dużą robotę do wykonania, i pewnie dzisiaj jej nie zrobię. Miałam w planach się na to zawziąć, ale widzę, że aktualny stan psychiczny mi na to nie pozwoli.

Znowu nie mogłam spać, miałam jakieś schizy. Mysz złapała się w pułapkę, szamotała się jeszcze przez minutę... To było straszne. Ciemność i wybudzenie z krótkiego snu potęgują wyobrażenia. Tak źle się czułam po tej całej nocnej sytuacji, że czytałam Zaćmienie, dopóki nie urwał mi się film koło 1 w nocy.

Przepraszam, kotuś, ale na serio nie zauważyłam nawet kiedy.

To zabawne jak nieszczerzy są ludzie dookoła... Z fałszywą uprzejmością komplementują rzeczy tak beznadziejne i tak jawnie idiotyczne.

Do tej pory nie tęskniłam za rokiem szkolnym, bo chciałam się nacieszyć wakacjami... Jednak, jako że tymi wakacjami prawdopodobnie w ogóle nie da się cieszyć, to chyba zaczynam tęsknić do szkoły. Co dla mnie samej jest chore i aż mam ochotę stuknąć się w czoło.


Rysuję, rysuję, ale jakoś nie mam ochoty rysować tego, co teraz powinnam. Wszystko ostatnio jest ciekawsze od obowiązku, jaki sobie wzięłam na wakacje... Ale po tej całej ospie i tylu niemiłych rzeczach jakoś nie mam siły się za to zabrać, na prawdę.

Z Adzią coś nie tak... Martwi mnie to.



Coś apropo wczoraj... Chłopcy.



Obrazki nie należą do mnie. Źródła: tumblr, Facebook, bezlitosne.pl

To by było na tyle.

Niech moc będzie z Wami... bo ze mną dzisiaj to chyba ciemna strona jest.
~Tiga

wtorek, 29 lipca 2014

Take me down to the Paradise City...



... czyli to i owo o wakacjach.
Witajcie!

Nie dość, że internet wysiada, że prawie spaliło nam router (ahh, te burze), to jeszcze jakieś 3 tygodnie wakacji spędziłam na chorowaniu. Na ospę. Tak, na ospę. Cóż, taki los dziecięcia chaosu, które nie chorowało na tego typu rzeczy w dzieciństwie...

A potem na złość okazało się, że mama też nie chorowała. I się rozchorowała zaraz po tym, jak ja stanęłam na nogi. Kolejny tydzień w plecy, czyli w sumie, cały lipiec był raczej do bani.

RACZEJ. Bo nie całkiem. I nadal nie wszystko wychodzi tak, jakby się chciało... Ale starania pozostają, więc coś musi się udać. Wczoraj nawet się udało. Tak fajne popołudnie, pierwsze tak fajne od bardzo dawna.

Oglądanie The Big 4 - Live in Sofia powoduje uzależnienie od Am I Evil?. Tigeł tak się uzależnił, że nauczył się tego dziadostwa i gra to, jak tylko dorwie gitarę. To na prawdę uzależnia.

Mam maraton nieustającego pecha. Czego się nie dotknę, psuję, niszczę, tłukę. Wszystko leci mi z rąk, potrącam coś nawet, jeśli 3 krotnie sprawdzę, czy tego nie potrącę. I jestem pewna, że nie, a jednak trącam. Beznadzieja.

Czysta zabawa nowymi programami graficznymi i tabletem. 20 minut na rysunek na Juniora. Po 10 minut na szkice nowego designu Adriana. To lubię. Po roku rysowania prawie tylko i wyłącznie traditionalem, musiałam odreagować i robię teraz prawie wszystko w digitalu. A czeka mnie jeszcze seria portretów... ehh, nie chce mi się.

Mam Redeemer of Souls Priestów - i jestem zadowolona. Obsłuchuję tą płytę na spokojnie, bo po tym, jak bardzo polubiłam Nostradamusa, muszę znów przestawić się na ich stary sound. Ale nie narzekam. I cieszę się, że po transferze Richiego za K.K Downinga Priests brzmią nadal tak, jak dawniej. Brakuje mi tylko pojedynków gitarowych, które za czasów K.K były prawie w każdym utworze.

Teraz tylko czekamy na World on Fire Slasha...

Co do tytułu (i trochę Slasha) - z dedykacją dla potworka. Kocham Cię, wiesz?

Miło jest wiedzieć, że są jeszcze na tym świecie ludzie, którzy chcą spełniać czyjeś marzenia. Bo chcą widzieć uśmiech na twarzy innego człowieka, nie zamierzają się chwalić tym, co dla niego robią.


Soula nie ma, cinko ze słownikiem. Za to nasza patologiczna rodzinka ostatnio tworzy najbardziej epickie teksty:

Tig: *pada* UMARŁAM
K: Nie umieraj, na ziemi jest strasznie długi czas respawnu!
A: Noo, jakaś wieczność
K: Jeden gość czekał 3 dni, nie zapominajmy o tym.
A: I do dzisiaj o nim gadają
K: Bo to jedyny taki przypadek
T: Tamten to wgl był zdolny, tak sobie wyexpił, że został arcymagiem i mógł chodzić po wodzie i zmieniać tą wodę potem w wino. SkubaniutkiK: Tiga, on sam sobie nie wyexpił, to admin dał mu god mode

Miały być jakieś zdjęcia z urodzin, to jakieś będą; a co. I będzie szkic z dzisiaj...

Dzisiejszy szkic...



"Tort" z muffinek z nadzieniem bananowym, nieco już nadgryziony.


Będzie tego na dzisiaj. Adios, amigos. I niech bigos będzie z Wami.
~Tiga


P.S. - Amaya, następnym razem nie przyjeżdżaj do mnie w szpilkach... zamęczysz się xD

niedziela, 29 czerwca 2014

Holiday break...


Witam po przerwie dłuższej, niż sądziłam.

Pewne zbiegi okoliczności ścigają mnie jak szalone, nie sądziłam, że tak długo mnie nie będzie. Po pierwsze, muszę poprawić sprawozdanie z urodzin - po tym, jak do Was napisałam, otrzymałam jeszcze tort z muffinek (tak! nie przesłyszeliście się) i życzenia od dziewczyn z internatu, a nawet był z nimi jeden z profesorów. Zdjęcia będą, ale na razie internet za słaby. Innym razem, jak najszybszym mam nadzieję.

Druga sprawa - zdałam! Nie no, dobra, aż tak trudno nie było. Co prawda średnia 4.41 mnie zupełnie nie cieszy, ale postaram się żeby było lepiej. Końca roku nie żałuję, ale na pewno trochę tęsknić do szkoły będę. Jutro robię wielkie porządki po 10 miesiącach, praktycznie rzecz biorąc, nie mieszkania w swoim pokoju. Tonę w kablach, ciuchach, reklamówkach... i pajęczynach. Tych ośmionogich delikwentów to ja serio muszę wykurzyć. Dosłownie.

Trzecia sprawa - mam nowy kolor włosów. Pofarbowałam się na, jak to głosiło opakowanie od farby, "ognisty czerwony". Podoba mi się ten kolor, będę pewnie w nim łazić dłużej. Poza tym byłam wczoraj na folkowym festiwalu "Wschód Kultury" w Rzeszowie, fajnie było nawet. Najlepszy był występ gruzińskich śpiewaków z zespołu Naduri - było ich tylko trzech, a śpiewali za cały, 15 osobowy, zespół. Była moc.

Po fafdziesiąte, jadę na ten cholerny Saxon w Progresji w listopadzie. I nie ma bata, ja tam muszę się pojawić.

A właśnie, Saxon. Saxon.... hehehe, miała być recenzja Inner Sanctum. No to trudno, będzie...

Nie mogę znaleźć motywacji dla swoich działań. Na razie odsypiam cały rok szkolny i odpoczywam, potem pewnie będzie szaleństwo.

Słownika dzisiaj raczej nie będzie, bo materiałów brak, a Soul nie ma internetu. Smuteg! Za to ostatnimi czasy znalazłam się w otoczeniu bardzo rozrywkowego towarzystwa - Amaya, dzięki za zapoznanie z całą bandą, wesoło było i mam nadzieję, będzie. :) No i żeby nie było, Kaśka, cwaniaku - do Ciebie też się postaram wbić.

Cholera, ja w te wakacje będę musiała się chyba sklonować.





Recenzja!

Płyta: Wewnętrzna świętość (The Inner Sanctum)
Wykonawca: Saksofon... znaaczy Saxon
Rok: Nieszczególnie szczególny (2007)
Gatunek: Heavy metal. Czysty jak łza, brytyjski jak nie wiem
Skład: Mocarny, niezastąpiony. (Byford, Scarratt, Quinn, Carter, Glockler)

Ta... Wróćmy pamięcią do roku 2004. Po wydaniu Lionheart, Saxon rusza w trasę z perkmanem Jorgiem Michaelem, który mimo wszystko zaczął myśleć o powrocie do Stratovariusa. Źle mu pewnie z kolegami brytyjczykami nie było, ale z jakichś powodów zaczął skłaniać się ku temu. W sumie, został perkmanem pewnie tylko na trochę, żeby po wylaniu Randowa ktoś na tej płycie zagrał, ewentualnie na trasie. Biff bowiem zaczął nakłaniać naczelnego lenia, czyli Nigela, żeby wrócił na stare śmieci, jako że stan jego barku się poprawił. Oczywiście, Nigel jak to Nigel, pokwękać sobie trochę musiał, zanim wrócił, ale musiał też chyba stęsknić się za starymi kumplami, bo w końcu go przywiało.

 Łatwo nie było i tym razem, choć może trochę łatwiej niż przy Lionheart. Zmiana perkusisty na starego, dobrego Glocklera była tu o tyle łatwa, że wiadomo było, że pod kątem brzmienia nie zawiedzie, pod kątem pozostania w zespole też, jak widać, nie zawiódł. Jednakże, niedługo przed skończeniem prac nad płytą, Biffowi spłonął jego dom we Francji. Ciekawostką, może nieco odbiegającą od tematu jest tu fakt, że Byford obudził się w nocy słysząc, że jakiś głos go woła - gdyby nie to, pewnie zbyt późno poczułby czy zobaczył kłęby dymu, rozprzestrzeniające się po domu. Do tego prawdopodobnie odnosi się piosenka Voice z następnej płyty, Into the Labirynth.

Mimo trudności Saxon nagrał nową płytę, w najsilniejszym chyba składzie. Dokładnie 10 lat po ostatniej z tym składem płycie Unleash the Beast, powstaje swoista kontynuacja. Nie było to zamierzone i niewielu to pewnie dostrzega, ale moim zdaniem The Inner Sanctum to zaspokojenie niedosytu, jaki zostawiła Unleash the Beast - potężna i szybka płyta, odmienna od wcześniejszych i późniejszych. TIS ma wszystkie cechy charakterystyczne, które zawierało też Uwolnienie Bestii - chwytliwe, ciężkie riffy gitarowe dźwigane przez Douga i Paula (szczególnie ten pierwszy wypada tu rewelacyjnie, tak jak na Unleash), niesamowite, nastrojowe solówki, potężna perkusja z własnymi popisami, szalona, galopująca, a do tego bas Nibbsa, który nareszcie nie jest przytłumiany przez gitary, ale idzie w partie perkusji, gitarzyści zostawiają mu tu i ówdzie oddech na własne 3 grosze. Wszystko zwieńcza wokal Biffa, który jest coraz silniejszy i pewniejszy, a do tego niesamowita okładka i mroczny nastrój płyty. Znów witamy w gotyku, tak jak 10 lat wcześniej. Witamy w świecie 10 utworów z The Inner Sanctum.


1. State of Grace - otwieracz. Zaczyna się śpiewem mnichów, pojedynczymi i tajemniczymi dźwiękami czystej gitary, potem perkusją i stopniowo rozpędza się w dynamiczny i bardzo nastrojowy utwór. Chwytliwy, gwałtowny riff obydwu gitar jest dopełniany przez wokal Biffa i ustępuje czasem slide'om po gryfie basu Nibbsa (którego z resztą rewelacyjnie tu słychać). Riff z refrenu to jeden z najlepszych Saxonowskich. Cały utwór jest dość długi, trwa dobrze ponad 5 minut, a zdaje się galopować przez co najmniej 10. Współpraca garów i basu jest nieziemsko skuteczna. Solo jest tak cholernie klimatyczne, że ciary to nieodwołalny element odsłuchiwania tego utworu. Zostajemy wprowadzeni w tajemniczy świat rodem z okładki.

2. Need for Speed - gra o tym tytule mogłaby spokojnie być reklamowana przez ten kawałek. Największego kopa daje mu chyba Nigel, który maltretuje swój zestaw perkusyjny tak, jakby chciał go jak najszybciej rozwalić. No i gitary. Doug też maltretuje tu swój instrument, Nibbs bardzo elegancko podbija rytm niezbyt skomplikowanym riffem, Biff wyje jak umie najlepiej, w ogóle, czego tu chcieć więcej? Krótki przerywnik wyrywający człowieka z osłupienia po wysłuchaniu ścieżki nr 1, a przygotowuje nas na podkręcenie tempa w utworze nr 3.

3. Let Me Feel Your Power - jak to pierwszy raz usłyszałam, to perkusja z basem w czasie solówek trzęsła mi podłogą. Kocham grać to na gitarze, choć często zdarza mi się wylecieć z rytmu - do tej pory Saxon chyba nigdy nie nagrał kawałka tak szybkiego, który bardziej pasuje pod jeden z zespołów Big 4, niż pod brytyjski zespół heavy metalowy. Tu wszystko jest idealne. Perkusja Nigela rozwala mózg, Nibbs i chłopcy gitarzyści zachrzaniają jak szaleni. Riff dość prosty, a jak cieszy. No i brawa dla wokalu. Tekst obrazuje genialnie uczucia zespołu, a w sumie szczególnie uczucia frontmana i wokalisty, w czasie koncertu. Utwór zmusza wyobraźnię do działania, ma się taki koncert przed oczami. Ścisła czołówka najbardziej chwytliwych, typowo koncertowych kawałków.

4. Red Star Falling
- jeśli Saxon gra ballady, wiedz, że coś się dzieje. W sumie, zdarzało im się, ale jako zespół, który z założenia chciał zostać najgłośniejszym i najostrzejszym zespołem na świecie (jak mówili muzycy w roku 1979, kiedy wyszli z debiutancką płytą), raczej rzadko nagrywali coś spokojniejszego. Prędzej ballady w stylu Hold On (z płyty Dogs of War). To w sumie też dość ciężka rzecz, głównie ze względu na nieziemsko silny i przeszywający głos Biffa, potężny riff z refrenu, wyszczególniony bas i nieskomplikowaną (jak na Nigela) i dość ciężką perkusję. Ale i tak nobel należy się za refren i wokal w nim. Ciary gwarantowane.

5. I've Got to Rock (To Stay Alive) - tego utworu są dwie wersje. Wersja albumowa i wersja teledyskowo singlowa, która zawiera wokale Lemmy'ego, Andiego Derisa i Angry Andersona. Ja osobiście wolę wersję albumową (bo kocham wokal Biffa i nic na to nie poradzę), która jest inaczej poukładana i chyba mniej chaotyczna, niż ta z gośćmi. Ale tam. Gitaryyyy! TE CHOLERNE GITARY! Riff główny jest tak genialny i chwytliwy, że ciężko nie pokochać tego kawałka. No i moment w drugiej zwrotce, gdzie gitary, bas i perkusja milkną, Biff się wydziera, i razem z jego wydzieraniem Nigel wali jak opętany po garach - jest moc! Nigel udowodnił w tym utworze, kto jest królem heavy metalowych perkusistów. Nibbs też nie daje o sobie zapomnieć. Uwielbiam ten utwór, ale ciężko na tej płycie wytypować go jako lepszy, bo krążek jest niemiłosiernie zrównoważony jeśli idzie o przebojowość i poziom utworów.

No i ten tekst. I'VE GOT TO HAVE MORE ROCK'N'ROLL!

6. If I Was You - tego też są chyba dwie wersje. W każdym razie - tekst jest dość dziwny, ale nie wiem czemu pasuje mi do gwiazdy tego utworu - Nibbsa. A tak, Nibbsa, którego bas nadaje charakter temu utworowi, razem z riffem gitar pod koniec każdej zwrotki. Początek bowiem nie zwiastuje, że będzie aż tak ciężko. Raz wariacka prędkość, raz swingowy riff, raz heavy metalowa ballada, a raz ciężki jak nie wiem riff, do którego ciężko nie machać dynią. Kolejny przebojowy numer, który na koncerty nadaje się genialnie. Sorry Nigel, tutaj twój gwiazdorski powrót został przyćmiony przez holy trinity Carter, Scarratt, Quinn.

7. Going Nowhere Fast - Biff lubi pisać kawałki o kolejkach, a szczególnie chyba o schizach z tym związanych. Serio. To nie jest jedyny tego typu utwór. Ale mniejsza o tekst - Going Nowhere Fast to specyficzny numer na tej płycie. Jest w sumie dość wesoły, podczas gdy większość płyty jest raczej mroczna i ciężka. Mamy tu bardzo Saxonowski, ale przy tym raczej hard rockowy riff, dudniący spokojnie bas i typową Nigelowską, lekko swingową perkusję. Kawałek w stylu płyty typu Innocence is no Excuse albo coś w tym guście. Ale jest mimo wszystko chwytliwy i miły dla ucha, choć trochę odstaje od reszty. Ale nie przeszkadza to zbytnio, biorąc pod uwagę mimowolną ciężkość i ostrość gitar.

8. Ashes to Ashes
- (chciałoby się krzyknąć "Death to all!", cnie Soulu?) utwór zaczynający się nieco w stylu Ride Like The Wind, znów w atmosferze mocno koncertowej (z resztą, był grywany na Wacken), z niewymagającymi partiami gitar i perkusji, bas idzie w stronę partii Nigela, przez co Dougie i Qunnie nie dominują kawałka, dając większą szansę na popisy wokalne Biffa. Refren cholernie chwytliwy i akuratni na koncerty. Eleganckie solo i jak wspominałam, bardzo dobry tekst. Kolejny fajny, miły dla ucha kawałek, bardzo Saxonowski. Bardziej niż bardzo. I ten breakdown przed solo...

Kocham tą płytę.

9. Empire Rising - półminutowa wstawka przed utworem dziesiątym, w sumie wnosząca tylko klawiszowy wstęp, mający na celu podkręcenie nastroju i tajemniczości. Nic nie zapowiada tak mocarnego i długiego zamykacza (pewnie przez jego długość Empire Rising zostało wydzielone jako osobny utwór). A tu nagle...

10. Attila the Hun - no nie ma, nie ma holender na tym świecie bardziej zrównoważonej płyty heavy metalowej. No nie i już. Tu jest tylko jeden numer wybijający się bardziej niż nawet State of Grace. Attila łączy w sobie genialny kunszt tekściarski Byforda, z jego niesamowitym wokalem, najgenialniejsze partie basu Nibbsa, niesamowite i nastrojowe riffy i solówki Douga z Paulem, oraz ciężką, rozbudowaną partię perkusyjną Nigela z jego klasycznymi zagrywkami rodem z Crusadera. Połączenie State of Grace, Let Me Feel Your Power i If I Was You z domieszką orientalnego riffu. Na prawdę, w szoku byłam i jestem do tej pory, choć znam ten utwór już ponad rok. Uwielbiam Attila the Hun i stwierdzam, że nie ma płyty Saxona z lepszym zamykadłem niż to. Amen.

Ocena płyty: 10/10. Obowiązkowa pozycja dla nowych fanów Saxona. Od tej płyty może nie powinno się zaczynać (bo słuchanie starszych po przesłuchaniu tej może się skończyć szokiem i zniechęceniem), ale na pewno powinno się jej posłuchać jak najszybciej. Najlepsza płyta najmocniejszego składu, udany pokaz siły bandu po tylu zawirowaniach w składzie, po wygraniu procesu ze starymi członkami Saxon i zapowiedź: my wam jeszcze pokażemy!

No i pokażą, oj pokażą.



Na dzisiaj to tyle by było. Niech moc będzie z Wami!
~Tiga

wtorek, 13 maja 2014

I znów starsza...

... o rok, czyli parę słów o 17 urodzinach Tigeła.

Dzień dobry!

Siedzę sobie w internacie i skrobię tego posta z komputera pewnego CWANIAKA, który raczył mi pod moim nosem, kiedy nie patrzyłam, nadużyć zaufania i wklepać posta na bloga. Szybko go usunęłam, ale skoro tak bardzo ten Cwaniak chce obwieścić to światu - tak, kocham Cię, Kasiu Z.

Ale to tak między wierszami.


No więc czuję się nieco staro, bo skończyłam dzisiaj tego pięknego, 13 dnia maja, 17 lat. Czułam się cały dzień taka... zauważana? ważna? Jakoś tak. Miło, nie powiem. O 5 rano Kasia Z. wparowała do pokoju w internacie (tłuczesz się kochana jak słoń w składzie porcelany, nie myśl, dobrze Cię słyszałam, ale udawałam, że śpię, a kiedy się niby "zerwałam" na nogi, to zdążyłaś wyjść) i położyła przy łóżku skromniutką paczuszkę (zabiję Cię) zrobioną z torebki pewnego sieciowego supermarketu. W środku były cudowne życzenia opatrzone naszym zdjęciem i dwa lakiery do pazurów - czarny i fioletowy. Senk ju!

Ale to nie koniec. Pomijając to, że cały dzień jakieś 17 kochanych osób składało mi życzenia, na lekcjach, w internacie, to dostałam od mojej kochanej rodzinki (Mioteła, Szufeła, Amayeła, Cwaniaka, Agaty) cudowny prezent - zdjęcie z Miotłą, bransoletki i gwóźdź programu... Koszulka z Maiden Japan!

No myślałam, że się poryczę.

Potem znów życzenia, życzenia, życzenia. Pani Profesor dała mi jeden z bardziej wymarzonych prezentów - dostałam 5 za "sprawdziano-powtórzenie". A panna, Katarzynno Z., nie powinna była się tak denerwować. Ze mną się wczoraj uczyłaś, nic innego jak 5 dostać nie mogłaś! A spróbowałabyś - nie po to straciłam na wieczór głos od gadania o Gomułce.


Ahh ta wyobraźnia...


Życzenia od Soula też były, a co! Szkoda trochę, że nie miałam okazji być w domu na urodziny, ale źle nie było. Ponoć wyglądałam dzisiaj ładnie. Czyli wyglądałam znośnie.

Ale włosy nie dotrwały i się rozprostowały... I tak cud, że nie po 5 minutach, tylko po 5 godzinach.

No to w sumie tyle. Przemyśleń na temat mojego 17 roku życia ciąg dalszy nastąpi może jutro, może jeszcze dziś, może w weekend - się zobaczy. A z tej cudownej okazji postanowiłam zrecenzować w najbliższym czasie... The Innerrrr Sanctum!


Ahh nah nah. Także tego. Niech moc będzie z Wami!
~Tiga


poniedziałek, 5 maja 2014

Majówka...


... czyli to i owo o nudzie.

Dzień bardzo dobry!

(przynajmniej na razie)

Otóż, kiedy przyjdzie do świąt, to plastycy zapracowani. Jęczą, bo mało czasu, bo trzeba zrobić to, trzeba zrobić tamto, a odpocząć nie ma kiedy. Za to majówka... cholera, nudno jak nie wiem.

Niby coś tam mam jeszcze do zrobienia, ale jeśli wszystko zrobię w tym momencie, to co ja będę robić w środę?

Jutro przynajmniej nie będę się nudzić, mam nadzieję. Szykują się odpały.


Z racji faktu nadchodzących wielkimi krokami (to już za 8 dni! Jeżu, jaka ja jestem stara) urodzin, dorwałam wreszcie Rock in Rio. Te emocje, kiedy paczka przyszła na pocztę! Od razu obejrzałam całość... już w połowie koncertu miałam za sobą 2 wybuchy płaczu. Tak bardzo tkliwe. Ale serio, wzrusz, kiedy ogląda się te 250 tysięcy gardeł drących się w niebo głosy. I ta radość, jaką Ironi mają z grania, nawet po tych wszystkich kipiszach w składzie, po fochach gitarzysty i wokalisty, po ich powrocie. Na Rock in Rio zagrali dużą część Brave New World, czyli w sumie dość świeżego materiału. Mimo wszystko, publiczność doskonale wszystko znała. Najpiękniejszy moment był chyba na Sign of the Cross, który po prostu przenika przez człowieka wywołując ciarki. To niesamowite, że Maiden zdecydowali się zagrać ten utwór. A wybrzmiał piekielnie dobrze. Drugi świetny, poruszający moment to Blood Brothers. No i oczywiście takie hiciory jak Fear of the Dark, kiedy znów dreszcze biegną po grzbiecie, pełne energii Wrathchild, do którego z dystansem podszedł Bruce; niesamowite, pełne popisów gitarowych (najlepszy w tym wszystkim był chyba Janick, który na tym kawałku był bliski rozerwania gitary na strzępy) Sanctuary i przecudowne Run to the Hills. Nie wspominając już o oderwanym od rzeczywistości, mrocznym wstępie, po którym Adrian... co miał zrobić? Po prostu wziął, wskoczył, po czym perfekcyjnie odegrał The Wicker Man, przy którym cała ekipa Ironowska i publika się dopiero rozkręcała. Mimo wszystko, Wicker Man zamroził mi krew w żyłach, popuściło dopiero, gdy do końca dobiegł cały koncert.

Judas Priest nie przestaną mnie chyba zaskakiwać. Wbrew temu, co ludzie mówią, Nostradamus całkiem mi się podobał, i byłam w totalnym szoku, kiedy usłyszałam 2 dni temu Redeemer of Souls - singiel z nowej płyty o tym samym tytule. Jej pojawienie się było wstrząsem chyba dla każdego, bo 3 lata temu krążyły ostatnie pogłoski, że tworzy się nowy krążek Priestów i po tych 3 latach wszyscy zapomnieli, że w ogóle takowy miał być, nikt już nie brał zapowiedzi na poważnie. Tak więc, kiedy Rob Halford przy okazji premiery tribute-albumu "This is Your Life" powiedział, że gotowa już jest nowa płyta, nie przejęłam się tym zbytnio. Szok ogarnął mnie, kiedy na stronie facebookowej Ritchiego Faulknera pojawiło się dziwaczne odliczanie. Zajrzałam więc na stronę Judasów, a tu okładka nowej płyty. Gdy zajrzałam ponownie, dzień po skończeniu odliczania, ujawniono tytuł krążka i lada moment miał pojawić się singiel, a potem tracklista.

Tak bardzo mi się nudzi, że postanowiłam tego singla posłuchać. Redeemer of Souls jest bardzo w stylu starych Priestów - chwilę zajęło mi, żeby przyzwyczaić się do innego brzmienia, bo ostatnio nałoguję w parę kawałków z Nostradamusa i brak klawiszy mnie lekko zamroczył. Jednak teraz myślę, że nie byłoby nadużyciem stwierdzenie, że w tych 4 minutach zawiera się powrót Judas Priest w bardzo dobrym wydaniu. Czyżby panowie byli zazdrośni o sukces i formę Biffa Byforda i kolegów...?

A żeby tak i Maideni byli zazdrośni i sami pokazali swoją formę na nowej płycie studyjnej...

Niestety, w ich przypadku to coraz bardziej wydaje mi się, że nadzieja matką.

Z tematów mniej muzycznych mogę spokojnie stwierdzić, że przestanę narzekać na standardy internatu. Nowy pokój całkiem ładny... Szkoda tylko, że nas tak porozrzucało, 108 podzieliło się na 108 i 3/4 oraz 108 i 1/4, ale jakoś przeżyjemy. Chyba mimo wszystko nie jest źle.

Jako, że mi się nudzi, nie mam weny, a wpis trzeba trochę "usensownić", to może by tak parę zdjęć z Pragi jeszcze...? Jak się ma ich 1200, to jeszcze trochę mam w zanadrzu...






Nieziemskie wnętrze katedry św. Wita w Pradze



Urokliwe kamieniczki...

Kwiatki na moście Karola w nocy :)

Praga nocą - Wielkanocny Targ na rynku Starego Miasta Praskiego



Tyle może na razie. Niech moc będzie z Wami, tym bardziej, że wczoraj był Star Wars Day!
~Tiga

czwartek, 17 kwietnia 2014

Projekt Praga...

... czyli to i owo o wyjeździe za granicę z plastykową ekipą.

Dzień dobry!

Albo już nawet dobre południe. A więc raport czas zacząć.

Przed snem, kiedy zamknę oczy, wciąż czuję się, jak na statku. Buja mną w górę i w dół, zgodnie z rytmem, w jaki bujał się autokar, który nas tu dowiózł.

W Czechach jest bardzo podobnie jak w Polsce, Nizina Czesko - Morawska wygląda jak Wielkopolska, z tą jedną różnicą, że jest na horyzoncie trochę gór wielkości Świętokrzyskich. Na wsi z kolei, w okolicach Sudetów, krajobraz jest jak w Austrii (albo Bawarii). Dużo pagórków, jest bardzo czysto i zielono, widać tu i ówdzie nagie skały, a droga jest jedna i wije się między wzgórzami jak wąż. Autobus buja się spokojnie na boki, miękko prowadząc nas do Pragi.

Kiedy pada deszcz, jeszcze w Polsce, ale i w Czechach - przy dużej prędkości powietrze zrzuca wodę z dachu i rynienek na okna, tworząc przecudowne wzory. Krople zsuwają się wyglądając to jak kardiogram, to jak gałęzie drzew na wietrze, niespokojne i rozedrgane. Zaś przy hamowaniu, woda zaczyna zakręcać i tworzą się wzory przypominające zastygłe w momencie uderzenia pioruny.

Czesi to bardzo mili ludzie. Kiedy przechodzi się, szczególnie podczas zimnego, wietrznego wieczoru koło straganów wielkanocnego targu Starego Miasta Praskiego, częstują jedzeniem, rozmawiają z ludźmi. Nawet, jeśli ci ludzie to nie umiejący ani słowa po czesku Polacy. Ale i za ladą można spotkać rodaków, a wtedy jeszcze milej człowiekowi z myślą, że nie jest tu zupełnie obcy.

Panorama miasta zapiera dech w piersiach, ale nie tylko panorama - również zabytki, na przykład potężna Katedra św. Wita, która wysokością, długością i bogactwem zdobień przytłacza umysł szarego turysty. Jeśli na zewnątrz na chwilę zaświeci słońce, to posadzka zaczyna mienić się setkami kolorów z witraży, a na kolumnach, ścianach i sklepieniach gotyckich i neogotyckich tworzy się imponująca gra cieni, kontrastów. W świątyni wręcz nie wypada nic mówić, bo słowa człowieka i on sam zdają się wewnątrz lichym, marnym złudzeniem, zdają się niczym w porównaniu z ogromem budynku.

A jednak to zabawny paradoks - w Pradze znajdują się jedne z najbardziej imponujących katolickich świątyń, tam znajduje się biblioteka starodruków spisanych przez zakon norbertański, a wierzących osób jest mniej, niż 1/3. A większość to wbrew pozorom nie katolicy, ile protestanci.

Oprócz zachwycającej architektury kościelno-monarszej, znajdują się tam też przecudowne, stare kamienice w najróżniejszych stylach, oraz... mosty. Mosty, które zdają się dzielić Wełtawę, ciąć ją jak nożyce. Mosty stare i nowe, kamienne i stalowe. Najpiękniejszy z nich, to jak łatwo się domyślić, 2 najstarszy most w Europie - most Karola. Chowający się za całą resztą, a jednak górujący nad nimi przez 2 gotyckie wieże na końcach, oraz figury rozstawione na całej długości. Widok z niego jest piękny, ale i na niego miło popatrzeć, szczególnie w nocy, gdy wszystkie najważniejsze zabytki centrum miasta są oświetlone w taki sposób, że człowiek czuje się jak w Krainie Czarów.

Innym ciekawym faktem różniącym Czechy od innych krajów jest miłość i wręcz kult rodzimej marki motoryzacyjnej - Skody. Im większe miasto i im dalej wgłąb kraju, tym większy odsetek skodzianek na drogach i pod domami. Najmniej jest ich na granicy, na przykład w granicznej miejscowości Nachod - tam dominują samochody zachodnie. W całych Czechach jest z kolei mało japońskich aut - w oczy rzuciło mi się ich dosłownie kilka.

Kult rodzimej marki jest niebywały, a człowiek uświadamia to sobie z kilku powodów. Odsetek samochodów to jedno, ale nawet w sklepach z pamiątkami można kupić modele Skód i tylko Skód. Po podwórkach wsi sudeckiej można znaleźć gigantyczne ilości jeżdżących fortepianów, modelu 105, a nawet takich dinozaurów jak Skoda 100 i Octavie z lat 50.; 99% z nich to normalnie funkcjonujące i używane na co dzień albo co najmniej często auta, osobiście widziałam tylko jeden wrak. Reszta była na chodzie. To też świadczy o kulcie samochodu, bo Czesi niezwykle o nie dbają. Wszystkie starocie są zachowane w świetnym stanie.

Restauracje w Czechach mają niesamowity klimat. Kiedy zmęczony, zmarznięty turysta wkroczy do takiej knajpki, która jest na oko wielkości sporego domu, doznaje szoku - jeden, dwóch kelnerów obsługujących na czas i całkiem sprawnie duże ilości klientów. Cała restauracja wypchana po brzegi, ale nikt nie czeka zbyt długo. Z resztą, w tym kraju zdawałoby się, że nikt nigdzie się nie spieszy, a już na pewno nie w porze obiadowej. Czesi spokojnie zjadają swój posiłek, popijając to kuflem piwa, dając nawet do obiadu parę łyków dzieciom. Kultura picia jest znacznie fajniejsza, nie polega na upiciu się, ale miłym spędzeniem czasu.








Z raportu to będzie tyle, przynajmniej na razie, bo Tidzia ma do namalowania 2 martwe na A4, a że trzeba jeszcze zdać raporty paru znajomym i rodzinie, to mało czasu na to. Może jeszcze uda się dzisiaj napisać, ale bez żadnych obietnic. Także, niech moc będzie z Wami!
~Tiga

sobota, 12 kwietnia 2014

To i owo o weekendach...

... czyli jak coś robić, żeby nic nie robić.

Dzień dobry!

Jest 16:03, nadajemy audycję z chaty czarownicy.

No co jak co, ale czarownicą to ja jednak chyba jestem (pomijając, że jestem "Matką Teresą od psa"). I moja mama też. Pokłóciłam się z nią i poszłam odreagować, grając na gitarze Number of the Beast (dziwne, że nie Sacrifice, które już pociągnęło za sobą parę ofiar, w tym moją szyję, strunę w internackiej gitarze, ołówek automatyczny i parę innych). Jak mi struna nie strzeli! Całe szczęście, że zaczęła pękać i trochę się "rozwinęła" (mowa o zawiniętej jak sprężyna, basowej strunie A stroju standardowego), ale nie rozerwała się, bo bym dostała po łapach całkiem solidnie. A przywaliłam w nią na tyle mocno, że odbiła by się bardzo miło na mojej prawej ręce, zabolałoby.

A o Ironach dzisiaj jeszcze trochę będzie, oj będzie.

Nie ma to jak po sporym obiedzie wpitalać herbatniki i zapijać je Pepsi. To je plastyk.

Może zbyt kreatywnie dzisiaj nie będzie, ale już wczoraj nieco newsów było. Słownik przejęzyczeń na razie będzie dość niewyrafinowany, bo mi się nieco skończył tak jakby. A więc dzisiaj w sumie krótko, krótki Słownik i recenzja.

Jeszcze krótko odnośnie Ironów i Children of Bodom... Gdybym nie znała każdego Ironowskiego na pamięć, to refren w Bodomowym coverze "Aces High" brzmiałby dla mnie tak:

UUUUUUUUUUUUUOOOON
IFFFFFFFFFFF
TU
LAAAAAAAAAAHGJHJHJJ
LAAAAAAAAAAAAGJGJGJH JGJHHHH
TU
IFFFFFFFFFFFFFFF
EJ SEEEEEEEEEEES AAAAAAJHJHJHJGJHJGJH JG

Także tego.


Słownik Przejęzyczeń Klawiaturowych autorstwa Soul, Tig & Klawiatury CO. ma zaszczyt zaprezentować:

- umatlas (umarłaś)
- nyslalam (myślałam)
- ow woe (wow wow)
- bardzi (bardzo)
- rozrzedzonych (rozszerzonych)
- zabkuj (zablokuj)
*no tu to skisłam...*
- chrszuszesz... że co przepraszam? (crashujesz)
- molgę (mogę)
- wha (chodziło o efekt wah wah)
- bdomom (Bodom)
- zarax (zaraz, choć chodzą plotki, że mój mózg nazwał nowy środek do czyszczenia podłóg)
- infirmacji (informacji)


Re-re-recenzja.


Płyta: Gdzieś w czasie, czyli przemyślenia Ironów na ostrym kacu (Somewhere in Time)
Wykonawca: Panienka do prasowania, a któżby inny! (Iron Maiden)
Rok: Apogeum dobrych wydawnictw w muzyce metalowej (1986)
Gatunek: Heavy metal syntezowany... no dobra, heavy metal.
Skład: Legendarnie legendarny! Zawiera krytycznie duże ilości Bruce'a Dickinsona, Dave'a Murraya, Adriana Smitha, niepodzielnego wodza Steve'a Harrisa i Nicko McBraina.


Witamy w świecie zupełnie oderwanym od rzeczywistości. Płyta tak cholernie zwięzła pod względem tematu, że wielokrotnie podejrzewano Ironów o nie przyznawanie się do "drugiego albumu koncepcyjnego" w swojej dyskografii. Nie jest to jednak album koncepcyjny, choć niektórzy uparcie usiłują go tak zaszufladkować. Tak czy owak, album kosmiczny, tak kosmiczny jak okładka. Jedna z moich ulubionych i niewątpliwie jedna z lepszych w historii rocka. Witamy w świecie Edzia-cyborga, który strzela laserami do ludzi zrywających plakaty Maiden, w zupełnie niepojętym wymiarze i niepojętej czasoprzestrzeni. Witamy w rzeczywistości wesoło rozbrzmiewającej wyciem syreny lotniczej w ciele człowieka. Witamy w świecie syntezatorów gitarowych i galopujących riffów - w świecie Somewhere in Time.


Caught Somewhere in Time - zaczyna się od solówkowego, jak przystało na Ironów, riffu. Ten utwór jest dość długi, jak na otwieracz (7:25 minuty, ja osobiście jestem za długimi zamykaczami, a krótkimi otwieraczami, ale co tam), ale nadrabia galopem. No i niesamowitym, wręcz operowym głosem Bruce'a. Bas galopuje jak szalony zagłuszając wszystko dookoła jak najlepiej może. Ah, Steve, mógłbyś czasem trochę odpuścić... nie, nie mógłby. Nie Steve Harris. Cóż - szkoda, że tekstów ani kompozycji Bruce'a tutaj nie ma, ale narzekać na takie dzieło nie można. Za refren (szczególnie wokal!) i za solówkę Adriana daję Ironom Nobla. Bądźmy szczerzy... Cały ten album to w sumie jedna wielka solówka.

Wasted Years - apropos Adriana, to się dzieciak postarał bardzo, żeby ta płyta nie zeszła na psy bez pomocy kompozytorskiej Bruce'a. Zawsze Smith był moim idolem, jako gitarzysta i jako kompozytor, mistrz, perfekcjonista. Każdy dźwięk u niego jest wyważony i przemyślany, co Bruce podkreślał (i nie tylko Bruce) na Flight 666: The Movie. Wasted Years to chyba najbardziej znany kawałek Adriana, śmiało można rzec, że to tylko jego kawałek - popisy gitarowe pomijam, ale ten utwór to kawałek duszy Ejdża i to słychać. To nie jest typowe Iron Maiden. To jest Smithowe Iron Maiden. Takie właśnie najbardziej lubię. Chociaż Wasted Years to nie koniec jego możliwości, dopiero początek. Dopiero na tej płycie mógł się popisać. Dość o Adrianie. Co jeszcze jest ważne w Wasted Years? Tekst, cholernie emocjonalny tekst; do tego genialny wokal żywej legendy heavy metalu, duet gitarowy Murray i Smith, klimatycznie zrobione partie bębnów, no i kochany pan Harris, który bardzo ładnie tu zagrał, nawet nie zagłusza za bardzo.

Sea of Madness - wszyscy opiewają Somewhere in Time za Sea of Madness i Deja Vu. Słowo honoru, nie rozumiem czemu. Jakoś to do mnie nie trafia. Da się słuchać, to pewne, ale pierwsze dwa kawałki ustawiają poprzeczkę bardzo wysoko. Tu się trochę thrashowo nawet zrobiło, trochę zajechało The Trooper pod kątem riffu ze zwrotek. Bruce nie szczędzi gardła. Dużo gitarowych ozdobników, co nie do końca dobrze robi utworowi, bo basowe i gitarowe ozdobniki się zlały i jest jeden wielki chaos. Najwyraźniej wypada tu Nicko, który gra swoje i w sumie tylko jego tu słychać. No i syrenę lotniczą. Chociaż solo i breakdown po solo z cudownym głosem Bruce'a ratuje tutaj honor. Za to należy się dobre słowo.

Heaven Can Wait - zakochałam się w tym utworze kiedy usłyszałam go w wersji z Flight 666. Zaczynałam swoją przygodę z Ironami i ten kawałek mnie po prostu oczarował. Tekst, sposób grania na koncertach (szczególnie ta wersja z Flighta urzekła mnie chórkiem złożonym z fanów Maiden, którzy wesoło skakali po scenie śpiewając to ze Stevem), a przede wszystkim partie gitary Adriana mnie znokautowały. Breakdown z owym chórkiem, w którym powoli, cicho i nieśmiało spod wyjącego "oooo ooo!" towarzystwa wybija się (nieco bluesowe nawet z początku) solo Smitha... No geniusz. Wokal Bruce'a jak zwykle niezawodny, tu dochodzi jeszcze fakt cudownie odśpiewanych razem z wesołymi gitarami słów, zachowania rytmiki utworu. Heaven can waaaaaait! Heaven can waaaait! Heaven can waaaait! Heaven can waaait till another day!

The Loneliness of the Long Distance Runner - dłuższych tytułów nie było? Odnoszę dziwne wrażenie, że ten utwór znalazł się tu bardziej przypadkiem, niż celowo i został zrobiony zupełnie jajcarsko. Co ciekawe, wyszedł całkiem nieźle, ale niewątpliwie takie lekko prześmiewcze rzeczy można skracać do 4 minutowych kawałków, a nie do 6 i pół minutowych potworów, bo to nieco męczy. Gitarowo to wszystko brzmi całkiem elegancko i basowo też, perkusja Nicko jak wiadomo nie od dzisiaj zawsze jest na poziomie conajmniej mistrzowskim. Zaczyna się urokliwie, potem trochę spaprał sprawę zupełnie niespodziewany i chaotyczny galop... No dobra, ujdzie to płazem, bo brzmi dobrze, ale lepiej brzmiałoby na stronie B jakiegoś singla, albo gdyby było faktycznie jakąś balladą, a nie hybrydą thrashowego czegoś z balladą Ironów...

Stranger in a Strange Land - no i teraz, czy najlepszy na płycie? Razem z ostatnim kawałkiem, stanowczo tak. Stranger to geniusz sam w sobie przede wszystkim ze względu na gitary, potem na wokal, potem na bas. Kocham ten kawałek. Kocham nad życie. Główny riff tego utworu to jeden z najlepszych, moim zdaniem, riffów heavy metalowych. No i te solówki! Ludzie, Ironów można zjechać za pierdylion rzeczy, ale na pewno nie za złe solówki, albo słabe partie gitarowe, szczególnie w okresie legendarnego składu i legendarnego duetu Murray - Smith. I znów, ten genialny utwór należy do Adrianowych arcydzieł. To jest chyba najlepszy dowód na to, jak dobrym muzykiem jest, był i będzie Ejdż, oraz jak wielki wpływ i jak wielką siłę Ironi wywierali na środowisku metalowym dzięki posiadaniu w swoim składzie takiego asa. Geniusz, tym słowem można utwór opisać.

Deja Vu - czy można pozostawić bez komentarza...? No okay, wiem, nie można. Jednakże, czasami milej słucha mi się Virtual XI z Blazem Bayleyem, niż tego utworu. Męczy, oj męczy. Niby gitarowo jest nieźle, Bruce'owy wokal tu jest bardziej drapieżny, ale coś ten twór jest nie od parady. Trochę jak z Loneliness, intro ładne, a kontynuacja od czapy. Nie wiem, jakoś nie mogę przełknąć tej pestki w arbuzie opatrzonym plakietką "Somewhere in Time". No nie. Refreny są fajne, nie powiem, zwrotki wokalnie mi się podobają, ale jakoś słuchanie tego dłużej niż 2 minuty nie jest za przyjemnym doświadczeniem.

Alexander the Great (356 - 323 B.C) - razem ze Stranger, to moim subiektywnym jakże zdaniem jest najlepszy kawałek na płycie. Tu jakoś spokojne intro pasuje do reszty utworu, który nie tylko w kwestii intra jest cholernie urokliwy. Solówki tutaj to jedno wielkie dzieło, niesamowity pokaz siły tandemu gitarowego Dave i Adrian, wręcz zionące zgraniem, jakąś magiczną więzią łączącą tych dwóch przyjaciół. W ten kawałek Ironi włożyli najwyraźniej całe swoje serce, bo Alexander bije na odległość siłą zespołu, która bierze się właśnie z jakiejś magicznej emocji, jakiegoś wspólnego celu. Cudowny zamykacz, który nie pozwala o sobie zapomnieć. Jeden z najlepszych kawałków w historii Maiden.

Ocena: 8,5/10 za te parę dziwnych kawałków i za brak Dickinsona w roli tekściarzo kompozytora. Za to wyróżnienie, czy jak kto nazwał, nagroda specjalna recenzenta, dla Ejdża Smitha za niesamowitą pracę włożoną w ten album, która to praca uratowała w 1986 roku honor Ironów.


Do napisania / przeczytania / whatever.
~Tiga