niedziela, 16 listopada 2014

Saxon, Skid Row, Halcyon Way...

... czyli nieziemski sobotni wieczór w warszawskiej Progresji.


Witajcie!


Chłodno, wietrznie, ciemnawo... listopadowo. Ale wczorajszy wieczór na długo zapadnie w pamięci nie tylko mojej, ale i ok. 2,5 tysiąca fanów metalu z całej Polski.


Godzina 13:45 - wyjeżdżamy z domu. Zabieramy jeszcze po drodze Adriana, po czym łapiemy wiatr w żagle i płyniemy sobie spokojnym tempem w stronę Warszawy.

Około 18:00 pojawiamy się na parkingu obok Fortu Wola, 20 metrów naprzeciw głównego wejścia do Progresja Music Zone. Rejestracja TKI nikogo nie dziwiła - były tam tablice dosłownie z każdego możliwego województwa i dużej części większych miast powiatowych. Ze względu na niesamowity wiatr, mroźny i wybitnie nieprzyjemny, wybyliśmy do Fortu Wola w celu znalezienia jakiegoś ciepłego kąta. Mieliśmy w końcu jeszcze pół godziny (a nawet 45 minut, ale woleliśmy być wcześniej) do otwarcia bram.

 Atmosfera już od początku była niezwykle przyjazna. Było z kim pogadać, zagadać. Ok. 18:40 zaczęli wpuszczać nas na teren klubu, partiami, po ok. 15 osób za jednym razem. Na początku weszło może ze 300 - 400 osób. Wbiegliśmy (po uprzednim oddaniu kurtek i zostaniu zrewidowanym na schodach) na salę na trochę przed 19:00. Stanęliśmy po prawej stronie, ja naprzeciw rampy, po której wtaczane były pudła sprzętu, a Adrian z tatą koło szafy. Szafy, czyli wielkich kolumn głośnikowych, które już przed koncertem grały różnorakie hiciory, w tym For Whom the Bell Tolls Metallici - już wtedy przewracały się bebechy.

Godzina 19:15 - po dłuższych kipiszach przy scenie i na scenie, wyszedł zespół... ale chwila! Zanim cokolwiek, na scenie pojawił się (dosłownie jak duch, połowa osób zauważyła go dopiero, kiedy powiedział coś do mikrofonu) Quinnie z Saxona, wywołując ryk, a raczej owację publiczności. Zapowiedział on swój support (co wydało mi się niezwykle miłe z jego strony, a przy tym zrobił to z taką chrypą, że mi ciary poszły po plecach...), po czym na scenie wytoczyła się pierwsza machina wojenna - Halcyon Way.

Set młodych panów (w porównaniu z, że tak powiem, headlinerem koncertu, to bardzo młodych) z USA był niezwykle krótki, ale przy tym urokliwy. Grali ciężko, szybko, z werwą... tylko, że od razu wyciekł problem z owymi szafami. I ogólnie nagłośnieniem. Perkusja i bas zagłuszały totalnie gitarzystów, a wokalista mimo usilnych starań był słyszalny tak dobrze jak mysz piszcząca równo ze szczekaniem psa. Oryginalne porównanie, wiem, ale jestem po koncercie, wybaczcie. Anyway - mózgotrzep taki nam to nagłośnienie zafundowało, że po pierwszej piosence, Conquer, nie wiedziałam jak się nazywam. Na szczęście ktoś z technicznej załogi musiał się zająć tym brzmieniem, bo nieco te gitary się w połowie setu wybiły, ale aż do końca całego koncertu wszystkich zespołów były stanowczo za ciche w porównaniu z szalejącymi perkusistami i basem.

Halcyon Way zagrali jedynie 6 utworów w ciągu 45 minut - wspomniane Conquer, On Black Wings, Web of Lies, Hatred is My Cause, Save Your Tears i Desecration Day. Powiem szczerze, że chyba najbardziej podobało mi się Conquer, Web of Lies i Hatred is My Cause, ale całość była niezwykle wyważona. Kawałki niezmiernie równomierne, ciężko wybrać najlepszy z setu. Poza tym, był to krótki występ, więc energiczni panowie poradzili sobie śpiewająco. Dosłownie. Desecration Day zakończone zostało wrzaskiem "Prepare for our friends from Skid Row!" i nastała przerwa techniczna na prze-aranżowanie sceny. Trwała planowo około 15-20 minut. Po przerwie technicznej zgasły światła, zabrzmiało intro, po czym przybył na scenę perkman Dave Gara. Rozbrzmiały syreny alarmowe, czerwone światła rozszalały się po scenie, Dave walił po garach jak opętany... a wtedy zaczęło się.

Myślę, że rozpoczęcie koncertu od "Slave to the Grind" było najtrafniejszą rzeczą, jaką mogli zrobić chłopaki ze Skid Row. Wszystko na tym koncercie działo się tak szybko... Wszyscy skakali, wrzeszczeli, klaskali, a Johnny nie szczędził miłych słów publiczności. Opowiedział anegdotę o Snake'u, wypowiedział się na temat Woodstocku... wszystko, jak gdyby miał na to cały wieczór. Ale grali na tyle sprawnie, że mógł sobie na to pozwolić. Scott ciągle podbiegał do mnie i paru dziewczyn obok, i choć jako jedyna z nich nie wyciągałam do niego wściekle rąk i nie piszczałam, a jedynie uśmiechałam się i machałam dynią - zaintrygowałam go (być może właśnie brakiem szału na jego widok). Chciał mi rzucić kostkę, ale nie zdążyłam odkleić łap od barierki, kiedy napalone panie obok zaczęły walkę o piórko Hilla. Pałeczkę pana z Halcyon Way też z resztą mogłam mieć, ale stojąca obok dziewczynka (na oko maksymalnie 12 latka) tak błagalnie spojrzała na mnie, kiedy pałeczka spadła obok moich glanów i zatrzymała się na nich, że odepchnęłam ją pod jej nogi. Tak więc tym razem obyło się bez artefaktów, ale przynajmniej wymieniłam i obejrzałam kilka przeuroczych uśmiechów Scotta i basisty Skid Row, Rachela Bolana.

Set amerykanów składał się ze Slave to the Grind, Piece of Me, Makin' a Mess, Big Guns, 18 and Life, Thick is the Skin, Psycho Therapy, Monkey Business, We Are the Damned i oczekiwane przez całą salę, finalne Youth Gone Wild.

Najbardziej chyba podobało mi się Slave to the Grind, 18 and Life, Monkey Businness, a najnajnajbardziej We Are the Damned (genialny, po prostu genialny) i Youth Gone Wild, na którym wszyscy już dostali totalnego bzika, szaleli i śpiewali jak nakręceni. Po wyjściu Skid Row, nastała kolejna, nieco dłuższa przerwa.

Okazało się, że czarny kształt za perkusjami (i tej Halcyon Way, jak i Skid Row) to były czerwone, wielkie bębny Nigela, z nakładkami z Sacrifice. Były przysłonięte czarnym materiałem przypominając ściankę działową. Teraz na scenie zrobiło się dwa razy więcej miejsca, bo perkusja nie stała już na środku, ale z tyłu na podeście. Po pewnym czasie zgasło światło i widać było jednego z technicznych idącego z latarką, a za nim podążał pan Glockler.

Chwilę później z głośników nad nami zaczęły wydobywać się wycia silników, świst pędzących samochodów. Byłam pewna jednego - zagrają Motorcycle Man. Po chwili przypomniałam sobie, że trasa nosi miano "Warriors of the Road" jak utwór z ostatniej płyty Saxona, też zaczynający się takimi dźwiękami. Jednak szybko odpędziłam tę myśl ufając, że zaczną od Motocyklisty.

Nie myliłam się. Zaczęło się szaleństwo. Nie mogłam sobie rano przypomnieć dokładnej kolejności setlisty poza dwoma pierwszymi i dwoma ostatnimi utworami, bo bardziej zajęłam się darciem się i śpiewaniem najgłośniej jak się da, skakaniem i headbangowaniem. Zostałam zmieciona przez duet Nigel i Nibbs, bo pomijając ich ogólne zgranie i świetne brzmienie w owym duecie rytmicznym, to wspomniane nagłośnienie powodowało, że Nibbs momentami wstrząsał całą widownią. A robił to z niezawodnym uśmiechem, niewinnie stukając palcami w pierwszą strunę, pięścią ciskając w powietrze, by zachęcić publiczność do współpracy. Poza tym jak zwykle szalał po scenie, biegał w tę i nazad, podskakując niczym Angus Young, czyniąc coraz wymyślniejsze skoki z wyszarpnięciem basu.

Kolejnym miłym zaskakującym akcentem było natychmiastowe przejście od Motorcycle Man do... Sacrifice. Zamurowało mnie przez pierwsze dźwięki riffu Douga, nie wierzyłam we własne szczęście. Potęga tego kawałka na żywo okazała się zwielokrotniona. Już nie mówiąc o tym, że prawie cała sala śpiewała najgłośniej jak się da (ja w tym kawałku prawie zdarłam sobie gardło) razem z Biffem, nadrabiając słabość nagłośnienia wokalu. Moment breakdownu, gdzie cała sala jednocześnie machała głowami i wyrzucała pięści w górę krzycząc "Hey! Hey! Hey!" a gitary na moment wybiły się spod basu i garów, które dopełniały krzykowi ludzi - nigdy w życiu nie widziałam czegoś tak mocarnego i przy tym tak pięknego. To było nie z tej ziemi.

Swoją drogą, Paul i Dougie mimo problemów z dosłyszeniem, dawali z siebie 200%. Zrobili świetne show, nie tracąc przy tym na kunszcie gitarowym. Solówki Douga zawsze mnie szokowały, ale to co wyczyniał i to, jak to brzmiało na żywo - niezapomniana rzecz. Nie do opisania. Spełniło się moje marzenie.

Biff przeszedł też samego siebie jeśli idzie o głos, był w świetnej formie. W połowie koncertu na szczęście było trochę oddechu - bo gdyby nie było, zdarłabym gardło do reszty i nie byłabym w stanie nic powiedzieć już po koncercie, a tak mówię do tej pory, choć troszkę gorzej, niż zwykle. Przy tym Byford strzelał tyle różnych tekstów, anegdoty o pierwszym występie w Polsce w 1986 roku, nabijał się z 35-cio lecia zespołu, ogółem - umilał nam czas jeszcze bardziej, niż zrobił to samym śpiewaniem.

Setlista była wielkim zaskoczeniem dla mnie - zagrali 90% tego, co chciałam usłyszeć. Grali:

1. Motorcycle Man

2. Sacrifice

3. Heavy Metal Thunder

4. Lionheart

5. I've Got to Rock (to Stay Alive)  (ten kawałek uradował mnie niesamowicie, w jego trakcie Biff zrobił próbę głosu publiczności, a ja straciłam głos, więc do Dallas 1 P.M w ogóle nie śpiewałam, a potem aż do Red Star Falling starałam się oszczędzać, potem znowu wrzeszczałam jak się dało)

6. Suzie Hold On

7. Dallas 1 P.M

8. To Hell and Back Again

9. Red Star Falling (tak bardzo miło było to usłyszeć, tak niespodziewanie to zagrali; cała sala wyła "Did you see the red star falling?")

10. And the Bands Played On

11. The Eagle Has Landed

12. 20.000 Ft

13. 747 (Strangers in the Night)

14. Forever Free (kolejna cudowna niespodzianka, gdzie znów pół sali wyło w refrenie)

15. Strong Arm of the Law (zaczęło się z niewinnym uśmieszkiem Nibbsa stojącego na podeście przed perkusją, szarpiącego bas jedną ręką, a drugą wyciągnął w stronę publiczności i nakłaniał do głośnego krzyczenia w rytm basu i gitar, których cudownego riffu niestety nie było słychać za dobrze; mimo wszystko wyszło mocarnie, dzięki publiczności)

16. Princess of the Night (tu Biff zrobił filmik, gdzie krzyczymy "Yeah!" trzymając ręce najwyżej jak się dało, po czym śpiewamy wstęp razem z gitarą Paula, jak to często jest w zwyczaju koncertów Saxon)

17. Wheels of Steel (tu było znów szaleństwo i próba publiczności)

18. Crusader

19. Denim and Leather (tu wyszło chyba najmocarniej, Biff określił to jako tribute dla nas, fanów, a my odwdzięczyliśmy mu się zdarciem resztek gardeł i machaniem pięściami w rytm refrenu)


Oraz bis, wybłagany przez publiczność - Broken Heroes! Zabrzmiało niesamowicie. Magicznie.


Cały koncert był świetny i jego geniusz dotarł do mnie dopiero po wyspaniu się. Padłam od razu po powrocie z klubu. Do tej pory mam problemy z poruszaniem się, koordynacją ruchową i myśleniem... Ale warto było. Jak cholera.


Tak więc, zjarana Tidzia na razie żegna - jednak nie mogłam odpuścić sobie recenzji, więc jest, ale tylko tyle na dzisiaj.

Niech moc będzie z Wami!

~Tiga

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz